Blog o Rosji. O polityce, historycznej również, relacjach władza-obywatel, ludziach opozycyjnie myślących, Moskwie.
RSS
poniedziałek, 20 lutego 2012

Eduard LimonowW Moskwie szykują się gorące dni po wyborach prezydenckich, które odbędą się 4 marca. Lider Partii Narodowo-Bolszewickiej Eduard Limonow, jeszcze nie tak dawno uważany za jedynego z prawdziwego zdarzenia opozycjonistę, zapowiedział zorganizowanie akcji protestacyjnej przed Centralną Komisją Wyborczą. Pikieta odbędzie się 5 marca, o godzinie 19.00 czasu moskiewskiego, przy ulicy Bolszaja Czerkasskaja 9.

"Będziemy protestować przeciwko JUŻ na dzień dzisiejszy sfałszowanym wyborom, skoro nie dopuszczono do nich siedmiu niezależnych kandydatów" - napisał w swoim blogu Limonow. Wśród nich wymienił między innymi siebie, czyli Eduarda Sawienkę (to nazwisko widnieje w dokumentach), Grigorija Jawlińskiego czy Leonida Iwaszowa.

To nie jedyna akcja. W Moskwie, jak również Petersburgu i innych dużych rosyjskich miastach, odbędą się powyborcze manifestacje "O uczciwe wybory".

środa, 21 grudnia 2011

Sławomir Dębski, fot. T. KułakowskiTomasz Kułakowski: Po raz pierwszy od upadku komunizmu zaczynamy z Rosją zinstytucjonalizowaną współpracę, której celem jest budowanie porozumienia. Nie obawia się Pan, że ten dialog ograniczy biurokracja, nadzór rządu, presja działania za wszelką cenę, nawet gdy wola polityczna osłabnie?

Sławomir Dębski: Właśnie po to, aby zminimalizować wpływ wahań politycznych koniunktur na działalność obu centrów dialogu i porozumienia, zarówno w Polsce, jak i w Rosji zostały one utworzone pod auspicjami ministrów kultury. Oczywiście, pewnej biurokracji nie unikniemy. Udzielanie w sposób przejrzysty dotacji instytucjom czy organizacjom, działającym na rzecz rozwoju stosunków obu narodów, wymusza przyjęcie określonych procedur, np. organizację konkursów itd. Chcemy przecież, żeby kryteria były równe i sprawiedliwe.

Bez względu na różnice polityczne i rozbieżne interesy gospodarcze obu państw, centra powinny służyć propagowaniu dialogu. To on jest skuteczną metodą przezwyciężania problemów wynikłych z różnic poglądów. Jak pisał Juliusz Mieroszewski, słynny publicysta paryskiej „Kultury”, najpotężniejszym instrumentem oddziaływania politycznego jest „słowo”. Zwyciężyć nie oznacza więc podbić, lecz... przekonać.


Istnieje jednak ryzyko uzależnienia instytucji od bieżącej polityki. Władze rosyjskie mają zwyczaj nas karać i nagradzać. „Ukarały” Polskę raportem MAK dotyczącym katastrofy smoleńskiej, „nagrodziły” dekretem prezydenta Miedwiediewa o powołaniu rosyjskiego Centrum – po wygranych przez PO wyborach parlamentarnych.

Nie uważam, aby dekret Miedwiediewa był „nagrodą”. Decyzja była przygotowywana przez wiele miesięcy, tyle że nasi partnerzy napotykali w rosyjskiej administracji na opory. Ponadto były tam zawirowania polityczne związane z zapowiadanym powrotem na Kreml Władimira Putina. Nie można wykluczyć, że one także wpłynęły na termin ogłoszenia dekretu.

Zwracam uwagę, że utworzenie centrów dialogu i porozumienia w Polsce ustawą sejmową, a w Rosji dekretem prezydenta podnosi rangę dialogu obu państw na bardzo wysoki poziom instytucjonalny. W stosunkach z żadnym innym krajem Rosja na coś podobnego się nie zdecydowała. Trzeba więc wykorzystać nadarzającą się okazję i podjąć próbę wyrwania stosunków polsko-rosyjskich z zaklętego kręgu niewiedzy, uprzedzeń, a niekiedy również wzajemnej głuchej nienawiści. Gwarancji powodzenia nie mamy, ale inne doświadczenia europejskie wskazują, że to jest możliwe.


Dostrzegam deficyt zainteresowania Rosjan Polską i na odwrót. Wciąż pojawiają się te same nazwiska politologów, dziennikarzy, historyków, którzy komentują wydarzenia z sąsiedniego kraju. Centrum ma ambicję przełamania tego deficytu. W jaki sposób?

Niestety, zaczyna nam brakować ekspertów nie tylko od Rosji, ale od całej postsowieckiej Europy Wschodniej. Żyjemy mitem, że rozumiemy procesy zachodzące na tym obszarze. Tak było być może jeszcze 20 lat temu, ale po 1989 r. młodzi ludzie zorientowali się na zachód. Tymczasem na wschodzie Europy zaszły historyczne zmiany. ZSRR był ostatnim europejskim imperium. Po jego rozpadzie w Rosji nastała epoka deimperializacji, zjawisko nowe w jej dziejach. Wielu Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy i posługuje się stereotypami.

Zresztą wiedza Rosjan o Polsce jest również bardzo uboga, mocno osadzona na stereotypach i uprzedzeniach. W tym 140-milionowym narodzie ekspertów od spraw polskich można policzyć na palcach jednej ręki.

Pogłębiająca się niewiedza o sąsiedzie odbija się negatywnie na relacjach polsko-rosyjskich. Dlatego strategiczne znaczenie dla obu centrów będą miały działania obliczone na kształtowanie elit, dysponujących wiedzą o sąsiedzie i zainteresowanych rozwijaniem z nim dobrych stosunków. Jeszcze w tym roku ogłosimy konkurs na projekty dotyczące wymiany młodzieży. Będą one adresowane do licealistów i studentów, a także organizacji pozarządowych. Wkrótce uruchomimy także program stypendialny dla młodych rosyjskich naukowców. Utworzone zostaną również wspólne polsko-rosyjskie projekty badawcze. Będą dotyczyły Polaków przebywających pod władzą sowiecką po 17 września 1939 r., jeńców wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., losów żołnierzy sowieckich w niemieckiej niewoli po 22 czerwca 1941 r. Chcemy stworzyć też imienną listę czerwonoarmistów poległych na ziemiach polskich w latach 1944-45.

Czy powrót Putina na Kreml zmieni retorykę stosunków polsko-rosyjskich? Mówię o retoryce, gdyż to obecny premier wykonał gesty pojednawcze: 1 września 2009 r. na Westerplatte i 7 kwietnia 2010 r. w Katyniu. Natomiast dla Miedwiediewa naturalne są wypowiedzi, np. potępiające Stalina czy totalitarny charakter ZSRR.

Powrót Putina nie oznacza nastania jakiejś nowej epoki w stosunkach polsko-rosyjskich. On przecież decyduje o obliczu Rosji od ponad dekady. W tym czasie nasze relacje układały się różnie, ale w ostatnich latach zarówno prezydent, jak i premier Rosji podejmowali działania na rzecz ich poprawy.

Zaczęło się od powołania nowego składu Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych w 2008 r. Ostatnie trzy lata to okres najbardziej efektywnej współpracy w jej ramach, owocem której stało się opracowanie pt. „Białe plamy – czarne plamy. Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich 1918–2008”. Tom ukazał się również w języku rosyjskim, co daje nadzieję, że z czasem będą z niego korzystać rosyjscy historycy, wykładowcy, studenci, nauczyciele szkolni i uczniowie. W rezultacie rekomendacji współprzewodniczących Grupy, prof. Adama Daniela Rotfelda i akademika Anatolija Torkunowa, przekazanych premierom obu państw, powstały oba Centra. Po stronie rosyjskiej istnieje więc rezerwuar dobrej woli, do którego warto się odwoływać, podejmując działania na rzecz przyszłych relacji Polaków i Rosjan.

Historia uczyniła z nas sąsiadów na stałe, a nie tylko na okres jednej czy dwóch kadencji takiego czy innego polityka.

Rozmawiał: Tomasz Kułakowski 

Wywiad ukazał się w "Tygodniku Powszechnym", nr 48, 27 listopada 2011

wtorek, 06 grudnia 2011

Rosyjski internet staje się centrum oporu przeciwko władzom. Kreml kontroluje sytuację, ale monopol informacyjny to już pieśń przeszłości.

Rosyjska Centralna Wyborcza Komisja ogłosiła rezultaty wyborów parlamentarnych. Zwycięzcą, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, została partia Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa. Jedna Rosja z wynikiem 49,5 proc. głosów otrzymała 238 mandatów w 450-osobowej Dumie Państwowej. W izbie niższej rosyjskiego parlamentu zasiądą również komuniści (ponad 19 proc. głosów i 92 mandaty), a także centro-lewicowa Sprawiedliwa Rosja (ponad 13 proc. i 64 deputowanych) oraz szowinistyczno-wodzowska Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji Władimira Żyrinowskiego (niecałe 12 proc. i 56 mandatów).

Jedna Rosja otrzymała o 14,5 proc. mniej głosów niż w wyborach z 2007 roku, kiedy uzyskała większość konstytucyjną. Mimo to, opinie niektórych ekspertów o „porażce” ugrupowania władzy są grubo przesadzone. „Jedinorosy”, jak sami siebie nazywają członkowie partii, i tak kontrolują parlament, pozostający „maszynką do głosowania”.

Partia władzy nie musi nawet tworzyć konstytucyjnej większości, bowiem wszelkie konieczne zmiany zostały już wprowadzone. Było to m.in. wydłużenie kadencji parlamentu z 4 do 5 lat, a prezydentury z 4 do 6 lat. Kreml kontroluje wszystkie partie, nawet tę najbardziej krnąbrną, komunistyczną, której lider Giennadij Zjuganow ostro skrytykował po wyborach władze za „brudne” wybory i nieuczciwą kampanię wyborczą.

Gdyby jednak Jedna Rosja chciała stworzyć większość konstytucyjną, potrzebuje 300 mandatów. Naturalnym koalicjantem będzie centro-lewicowa „Sprawiedliwa Rosja”, która powstała z inicjatywy kremlowskich polittechnologów. Nie należy wykluczać również sojuszu z Liberalno-Demokratyczną Partią Rosji, która nie ma nic wspólnego ani z demokracją, ani z liberalizmem. Jest to po prostu szowinistyczno-nacjonalistyczne ugrupowanie politycznego oszołoma Władimira Żyrinowskiego, który potrafi w studiu telewizyjnym dać w twarz oponentowi i wyzwać od „Żydziaków”.

 Sukces blogerów

Mimo cyberataku na niezależne portale internetowe w dniu wyborów, Kremlowi nie udało się uciszyć niezależnych dziennikarzy internetowych, blogerów, rodzące się w Rosji społeczeństwo obywatelskie. Ono, własnym kosztem, wszelkimi dostępnymi  środkami, za pomocą telefonów komórkowych i kamer wideo, dokumentowało dowody fałszerstw wyborczych.

Na jednym z filmików, zamieszczonym w internecie, przewodniczący jednego z punktów wyborczych zapełnia listy do głosowania. Na filmiku widać, jak stawia krzyżyki przy Jednej Rosji. Autor nakręcił filmik, stojąc na schodach, po czym zbiegł na dół i poprosił urzędnika „reperującego” wynik wyborczy o pokazanie protokołów. Przewodniczący komisji odmówił.

Takich dowodów zbrodni jest multum, a rosyjski Internet aż wrze od skandalicznych wyczynów, takich jak „karuzele”, czyli wielokrotne głosowanie przez te same grupy osób. Dlatego też nie dziwi reakcja Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, której obserwatorzy wykryli wiele nieprawidłowości. „Uniemożliwianie pracy niezależnym mediom, utrudnianie pracy obserwatorów oraz odsuwanie od procesu liczenia głosów przedstawicieli partii opozycyjnych” – pisze we wstępnym raporcie powyborczym OBWE, podkreślając bezprawne ingerowanie władz w proces wyborczy.

To jednak rosyjskich władz nie niepokoi, nawet Dmitrija Miedwiediewa, który kończącą się wkrótce czteroletnią prezydenturę poświęcił na głoszeniu haseł o budowie demokracji i społeczeństwa obywatelskiego w Rosji. - Wszyscy mówią, że władze bez ograniczeń ingerowały w wybory, ale gdzie są na to dowody? Wybory były uczciwe, sprawiedliwe i demokratyczne – powiedział wczoraj Dmitrij Miedwiediew.

Gwarant konstytucji nie dopatrzył się w internecie wyborczych oszustw, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że władze nie mają monopolu informacyjnego, a w internecie rodzi się społeczeństwo obywatelskie. Ci przeważnie młodzi ludzie, niereprezentowani politycznie, z czasem mogą stracić cierpliwość i zmobilizować się przeciwko „tandemokracji” Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa. A wtedy grupa trzymająca władzę będzie musiała ustąpić albo jeszcze bardziej „przykręcić śrubę”.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Gdy amerykańscy dyplomaci w ujawnionych przez portal WikiLeaks poufnych depeszach określili tandem Władimir Putin-Dmitrij Miedwiediew mianem Batmana i Robina, rozbawiło to zainteresowanych Rosją. Prezydent Miedwiediew-Robin, młodszy pomocnik premiera Putina-Batmana, miał tylko wykonywać polecenia swojego szefa.

Dziś czas Robina dobiega końca, a w Rosji powstaje kolejny znany już film pt. "Powrót Batmana". Już bez demokratycznej fasady, bez tzw. tandemokracji, stery państwa ponownie obejmie Władimir Putin, który może być prezydentem przez kolejne dwie kadencje. Od 2012 r. będą one trwały przez 6 lat każda, a nie 4 lata, jak obecnie. Putin zatem ma szansę przegonić samego Leonida Breżniewa, jeżeli do przyszłych 12 lat dodamy jego prezydenturę z lat 2000-2008. Stery ZSRR Breżniew trzymał "tylko" 18 lat.

Wczoraj Władimir Putin był gwiazdą wyreżyserowanego show, które odbyło się w hali sportowej na "Łużnikach" w Moskwie. Bezkonkurencyjny premier został w obecności 11 tys. delegatów jednogłośnie wybrany na kandydata. "Rosja, Putin, razem zwyciężymy!" - skandował rozentuzjazmowany tłum, który nie pozwalał Putinowi przemówić.

- Całe moje życie było skoncentrowane na służenie ojczyźnie, na wszystkich jego etapach. Jeżeli ludzie powierzą mi wysokie stanowisko, zrobię wszystko, żeby rezultaty naszej pracy były godne. Żeby życie w kraju stawało się lepsze i piękniejsze - powiedział Władimir Putin.

Po chwili zaprosił na scenę swojego obecnego "zmiennika" na Kremlu Dmitrija Miedwiediewa. - Razem zwyciężymy. Putin to najpopularniejszy, najbardziej doświadczony i najskuteczniejszy polityk współczesnej Rosji - perorował Miedwiediew z uśmiechem na twarzy. Zaapelował do wyborców o głosowanie na Jedną Rosję w zbliżających się wyborach parlamentarnych 4 grudnia, a także na Władimira Putina w wyborach prezydenckich 4 marca 2012 r.

Listę wyborczą do Dumy Państwowej otwiera Dmitrij Miedwiediew i eksperci wskazują, że zostanie on premierem - w nagrodę za dobrze wykonywane względem swojego szefa zadania na Kremlu.

Analitycy rosyjscy oceniają, że wystąpienie Putina miało na celu przypomnienie wyborcom, kto rządzi w Rosji i na kogo należy głosować w zbliżających się wyborach do Dumy Państwowej. Elita polityczna obawia się, że Jedna Rosja nie odniesie tak spektakularnego sukcesu jak podczas poprzednich wyborów, kiedy zdobyła większość konstytucyjną. Wystąpienie Putina miało podpompować agitacyjny balon. Tym bardziej, że społeczeństwo rosyjskie zaczyna odczuwać zmęczenie polityką Władimira Putina, a sam przywódca został tydzień temu po raz pierwszy publicznie wygwizdany. Zdarzyło się to podczas przemówienia po walce rosyjskiego mistrza mieszanych sztuk walki Fiodora Jemelianienki.

Wybory do Dumy Państwowej mają być sprawdzianem popularności elity firmowanej przez Putina, dlatego premier kilka dni temu pogroził kierownictwu Jednej Rosji, że musi uzyskać jak najlepsze wyniki w wyborach parlamentarnych. Tłumaczył liderom partii, że nie może być rozdrobnienia w parlamencie, bowiem grozi to kryzysem, jak w państwach Unii Europejskiej czy Stanach Zjednoczonych.

Zamianę ról na Kremlu, którą ogłoszono 24 września, od początku krytykują nieliczni, pozaparlamentarni opozycjoniści. - Będę starał się przekonać społeczeństwo, że u nas nie ma żadnych wyborów, tylko imitacja. Mamy do czynienia z mechaniczną specoperacją, której celem jest utrzymanie władzy. Wyborów nie mieliśmy już dawno - mówił mi jakiś czas temu były wicepremier Borys Niemcow, jeden z największych oponentów Putina. Kierowana przez Niemcowa Partia Wolności nie została dopuszczona do grudniowych wyborów parlamentarnych.

środa, 19 października 2011
Henryk Domański, fot. Tomasz KułakowskiHenryk Domański dla "Tygodnika Powszechnego": Rosjan blokuje brak ducha demokracji, chęci uczestniczenia w niej bezpośrednio, potrzeby kontroli poczynań władzy i patrzenia na ręce tym, których się wybrało. Rozmawiał Tomasz Kułakowski
Tomasz Kułakowski: Jak zmieniło się rosyjskie społeczeństwo w ciągu 20 lat transformacji?

Henryk Domański: Podobnie jak w Polsce zwiększyły się nierówności społeczne. Na początku lat 90. w Rosji, w porównaniu z innymi społeczeństwami postkomunistycznymi, były największe nierówności dochodów, zarówno indywidualnych, jak i przypadających na rodzinę. Stało się tak głównie w wyniku wyłonienia się elit biznesu: hierarchia społeczna rozciągnęła się „w górę”. Przypomina to trochę sytuację sprzed rewolucji październikowej, gdzie w społeczeństwie stanowym na szczycie hierarchii społecznej był monarcha i jego dwór, a poniżej bierny lud. Obecnie dworem jest elita biznesu i klasa rządząca. Różnica polega na tym, że duża część „ludu” kontestuje ten układ, używając mechanizmów demokracji. Niemniej utrzymują się pozostałości mentalności, czyli akceptacja nierówności, kontrastów i usprawiedliwienia bogaczy. Jest to czerpane z przekonania, że „ci na szczycie zasługują na to, żeby mieć najwięcej”. To istotny czynnik konserwujący ten układ.

W latach 90. w Rosjanach silna była chęć zmian i zerwania z przeszłością, a od początku XXI w. dominuje potrzeba stabilizacji. Część tkwi w Związku Radzieckim, inni są zapatrzeni w Zachód, mimo że nie chcą integracji z Unią Europejską.

Jeżeli społeczeństwo popiera politykę nieotwierania się na wymianę z Zachodem, to legitymizuje układ, który „jest”, a więc nie myśli prospektywnie. Nie wspiera procesów urynkowienia i rozwoju klasy średniej, będącej czynnikiem modernizacji. Warunkiem kształtowania się klasy średniej jest nie tylko wzrost stopy życiowej, która jest znacznie niższa niż w Polsce, ale również tworzenie się nowych orientacji i postaw. Jedną z barier na drodze do otwartości jest mentalność kolektywistyczna, funkcjonowanie we wspólnocie i niechęć do polegania na sobie samym. To wynika z tradycji obszcziny, czyli życia w wiejskich wspólnotach lokalnych, czego nie było np. na Ukrainie. W takiej wspólnocie rola jednostki jest ograniczona, podczas gdy warunkiem rozwoju klasy średniej jest indywidualizm i orientacja na samego siebie.

Do społeczeństwa rynkowego jeszcze daleko.

Do społeczeństwa rynkowego wszystkim społeczeństwom postkomunistycznym jest daleko, gdy mówimy o przekształceniach struktury społecznej, a nie gospodarce. Rosjan blokuje brak ducha demokracji, chęci uczestniczenia w niej bezpośrednio, potrzeby kontroli wpływu na poczynania władzy i patrzenia na ręce tym, których się wybrało. Z analiz porównawczych, które prowadziłem na danych Europejskiego Sondażu Społecznego wyłania się interesujący paradoks. Społeczeństwo rosyjskie lokuje się stosunkowo wysoko na skali legitymizacji klasy rządzącej, a nisko pod względem zaawansowania procesów demokratyzacji – inaczej niż w Polsce. U nas legitymizacja jest niska, ale demokratyzacja stosunkowo wysoka. Trudno sobie wyobrazić przeciętnemu Rosjaninowi, że mógłby prowadzić samodzielne bądź zorganizowane działania bez „uzgodnienia” tego z władzą, która w takiej konfrontacji ma ostatnie słowo.

Gdybyśmy spróbowali porównać rosyjskie i polskie społeczeństwo, na jakim etapie transformacyjnej drogi są nasi wschodni sąsiedzi?

Głównym ośrodkiem kształtowania się opozycji antykomunistycznej w społeczeństwie polskim była inteligencja, od której wyszła myśl i forma oporu. Klasy niższe, w tym robotnicy, wnieśli czynnik siły i środków realizacji. Natomiast w społeczeństwie rosyjskim inteligencja jako klasa społeczna zawsze była słaba. Do głosu dochodzili tylko intelektualiści, a to tylko część inteligencji, która do tego w Związku Radzieckim lokowała się niżej w hierarchii społecznej niż w Polsce. Jeszcze na początku lat 90. zarobki inteligencji w Rosji kształtowały się poniżej dochodów wykwalifikowanych robotników, co dawało jej najgorszą pozycję na tle innych krajów postkomunistycznych.

Słabość inteligencji jest jednym z czynników opóźniających procesy transformacji. Społeczeństwo rosyjskie jest na etapie polskiego z drugiej połowy lat 80. Procesy przemian świadomościowych dopiero tam docierają, przy czym chodzi o ogół społeczeństwa, a nie tę stosunkowo niewielką część, która podróżuje na Zachód.

Rosjanie chcieliby coś zmienić, ale i tak o wszystkim decyduje państwo.

Ich stosunek do rzeczywistości koncentruje się na poprawie warunków materialno-bytowych, a nie na budowaniu społeczeństwa obywatelskiego i demokracji. Chcieliby przede wszystkim więcej zarabiać, mieć pewną pracę i spokojnie żyć, co się pod rządami Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa udało. Nie mają jednak silnych motywacji do otwierania się na kraje zachodnie, aby im dorównać. Nie potrzebują tego tak bardzo, bo w dalszym ciągu są obywatelami państwa, które współdecyduje o porządku światowym. Nie muszą ścigać się z Zachodem, bowiem równie dobrze Zachód mógłby rywalizować z nimi.
Gdyby został Pan pełnomocnikiem prezydenta Rosji do spraw społecznego przygotowania modernizacji, od czego Pan by zaczął? O ile modernizacja jest możliwa w niedemokratycznym systemie politycznym.

Należałoby najpierw uruchomić procesy oddolne. A tego można dokonać poprzez czynniki ekonomiczne, uruchomienie przedsiębiorczości. Samo namawianie ludzi do rozwoju społeczeństwa obywatelskiego nic nie da, bowiem zmiany świadomościowe dokonują się w działaniu, a ono musi być nastawione na realizację interesów, w tym również przyziemnych. Nie ma w Rosji zapotrzebowania na działalność oddolną, w rodzaju podwożenia dzieci sąsiadów do szkoły. Z kolei brak potrzeby samoorganizacji nie daje Rosjanom okazji do przetestowania możliwości przełamania oporu administracji państwowej.

Jeżeli zaś chodzi o perspektywy rozwoju struktur rynkowych, to podstawowym warunkiem jest przełamanie monopolistycznej pozycji istniejących instytucji i elit. Motorem rozwoju społeczeństwa rynkowego jest rywalizacja i konkurencja. Rosja powinna złagodzić protekcjonizm w handlu z krajami zachodnimi, ale to znowu nie jest w interesie klasy rządzącej. Dochodzimy do sprawy kluczowej. Demokracja postępuje za urynkowieniem i otwartością w sferze ekonomicznej. Jest to również scenariusz dla Chin.

Jakiej modernizacji potrzebuje Rosja? Odgórnej nie widać, oddolna nie istnieje.

W Rosji zawsze dokonywała się ona odgórnie, czego przykładem były reformy cara Piotra I oraz Aleksandra II. I w dalszym ciągu wydaje się to być optymalny model przekształceń systemowych. Oddolne procesy, jak rodzenie się kapitalizmu w Anglii, nie miałyby w Rosji zastosowania i są mało realne.

Na przykładzie zżerającej Rosję korupcji, to urzędnik ma przestać brać łapówki, czy społeczeństwo dawać?

Jedno i drugie. Rosjanin nie przestanie dawać, dopóki nie będzie mógł inaczej załatwić sprawy. Sposobem na korupcję jest prywatyzacja gospodarki, która ograniczy rolę urzędników. Oczywiście konsekwentne egzekwowanie kar też jest ważnym czynnikiem, ale dopóki będzie istniało przyzwolenie dla korupcji, to organy ścigania jej nie wyplewią, nawet gdyby chciały.

Często spotykam się z poglądem, że w Rosji nie zbudowano podstaw kapitalizmu, co jest kolejnym czynnikiem hamującym modernizację.

Kapitalizm to własność prywatna oraz wolny rynek siły roboczej i trudno wymyślić coś nowego. Społeczeństwo kapitalistyczne zaczęło się w Rosji tworzyć przed rewolucją na początku XX wieku, lecz jego kształtowanie zostało przerwane przez I wojnę światową, a następnie przez 70-letni okres władzy komunistycznej. Potrzebny jest czas, żeby mechanizm ten znów zaczął działać.

W Rosji zawsze mieliśmy do czynienia z modernizacją konserwatywną. Teraz to wygląda tak, że na kilku poziomach próbuje się reformować kraj, od wymiaru sprawiedliwości, przez armię, po gospodarkę, walkę z korupcją. Czy taka modernizacja może się udać nad Wołgą?

Rosjanie mogliby korzystać ze wzorów azjatyckich: Korei Południowej, Japonii czy Tajwanu, gdzie państwo w pierwszej fazie rozwoju kapitalizmu odegrało rolę czynnika stymulującego pewne dziedziny gospodarki. To częściowo osłabia sprawczą siłę inicjatywy oddolnej, ale mówimy o początkowym impulsie dla modernizacji. Ze względu na rosyjskie tradycje reform odgórnych, model azjatycki mógłby się sprawdzić i zyskać akceptację społeczną Rosjan, których „trzeba prowadzić za rękę”. Potrzebne są instytucjonalne warunki reform, których uruchomienie może być czynnikiem rozwoju gospodarki i przekształcania jej w kierunku kapitalistycznym. W Korei i Japonii polegało to na tym, że państwo wraz z najbogatszymi i najbardziej rozwojowymi sektorami gospodarki próbowało uruchomić te procesy.

W Rosji trudno to sobie wyobrazić, ponieważ komunizm zlikwidował inicjatywę prywatną, przez co nie ma gotowości do działania po stronie obywateli i społeczeństwa. Brak tego czynnika blokuje, ale w Chinach też nie było takich sił w latach 70., gdy władze komunistyczne zaczęły realizować model chińskiego kapitalizmu bez demokracji. Tyle że tam głównym ośrodkiem reform rynkowych stała się wieś, przy czym w Chinach nigdy nie było takiego podłoża orientacji kolektywistycznych jak w Rosji.

Z tego punktu widzenia Rosja jest nietypowym przypadkiem i prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem byłby jakiś melanż doświadczeń chińskich i np. japońskich, gdzie tradycje wspólnotowe są również dość silne.

A jak Polska mogłaby zaangażować się w rosyjską modernizację, o czym w grudniu 2010 roku rozmawiali w Warszawie prezydenci Bronisław Komorowski i Dmitrij Miedwiediew. Mamy kilka transformacyjnych sukcesów, w tym reformę samorządową.

Polskie doświadczenia mogłyby wspomóc rosyjską transformację, ale dopiero po osłabieniu monopolu elit biznesu i korporacji rządzących. Na tym etapie rola Polski może polegać na budowaniu partnerstwa Rosja–Zachód, tworzeniu wspólnych przedsięwzięć. To idzie, niestety, w przeciwnym kierunku.

Ponieważ wszystko sprowadza się do energetyki. Gdyby udała się terapia szokowa czy też, jak mawiają złośliwi, „szok bez terapii” premiera Jegora Gajdara na początku lat 90., Rosja byłaby innym państwem? Wówczas zabrakło społecznej akceptacji, by wywrócić system gospodarczy do góry nogami.

To były założenia, do których próbowano dostosować rzeczywistość, nie odwrotnie. To tak jak w Polsce próbowano w latach 90. tworzyć klasę średnią poprzez zapisy do klubów klasy średniej. Plan Gajdara nie był dostosowany do bazy społecznej, więc nie mógł się udać.

Czy Rosja jest skazana na modernizację?

Nie, tak jak nie wiadomo, czy świat jest skazany na globalizację. Jednak, przyszłość cywilizacji idzie raczej w kierunku ujednolicania i Rosja jest elementem tego procesu.

Słowo „skazana” wydaje się zatem za mocne. Rosja jest państwem, które będzie broniło swojej niezależności i próby dominacji – przynajmniej w regionie. Tak było od samego początku, dlatego pełna globalizacja nie jest w interesie narodu rosyjskiego i władzy.

Zatem, jeśli nie modernizacja, to co?

Można wyobrazić sobie funkcjonowanie wielkich imperiów niezależnie bądź w izolacji. Dopóki nie ma czynników zewnętrznych zagrażających Rosji i utrzymuje się legitymizacja władzy ze strony społeczeństwa, czynniki wymuszające modernizację są słabe.

Prof. Henryk Domański jest socjologiem, dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Bada m.in. obiektywne i świadomościowe aspekty uwarstwienia społecznego oraz ruchliwość społeczną.

Tomasz Kułakowski jest dziennikarzem Polskiego Radia – Informacyjnej Agencji Radiowej.
piątek, 23 września 2011
Arsenij Rogiński, fot. gazeta.plArsenij Rogiński: Rosyjskie społeczeństwo jest skonsolidowane wokół idei państwa-mocarstwa. Zatem przyznanie, że jakieś przestępstwo było zbrodnią przeciwko ludzkości, burzy ten porządek. Rozmawiał Tomasz Kułakowski


Tomasz Kułakowski: Dwie najważniejsze osoby w Polsce, czyli premier Donald Tusk i prezydent Bronisław Komorowski, są historykami z wykształcenia. Gdyby w naszym kraju było mniej polityków-historyków, stosunki polsko-rosyjskie byłyby lepsze? 

Arsenij Rogiński: Bez względu na to, kto jest w Polsce u władzy, retoryka historyczna pojawia się w relacjach polsko-rosyjskich od dwudziestu lat. Wykształcenie polskich polityków nie nadaje tonu dyskusji z rosyjskimi władzami, jest po prostu jednym z jej elementów i nie widzę w tym odstępstwa od normy. Nie sądzę też, że bez polityków--historyków stosunki byłyby lepsze. Dążenie do wyjaśnienia wszystkich białych i czarnych plam to mądra polityka Polaków.

 
Plam jest dużo, tak samo jak wzajemnych pretensji. By nie przywoływać od razu Katynia, weźmy przykład wojny polsko-bolszewickiej z 1920 r. i rzekomego „ludobójstwa” czerwonoarmistów w polskich obozach jenieckich. Przed rocznicą katastrofy smoleńskiej wiceminister spraw zagranicznych Rosji Władimir Titow powiedział, że okoliczności tamtych wydarzeń muszą być rzetelnie wyjaśnione. To polityczna ocena. Czy z historycznego punktu widzenia wiemy wszystko o tej wojnie i losach jeńców?

Rosyjskie pretensje 1920 r. traktuję w kategoriach „odpowiedzi” na polskie pretensje dotyczące Katynia. Idea „wy nam to, a my wam tamto” zrodziła się u schyłku Związku Radzieckiego, gdy władze nie mogły dalej kłamać na temat zbrodni w lesie katyńskim. To była propaganda, która weszła w świadomość społeczną, ale z historycznego punktu widzenia nie ma uzasadnienia. Wiele lat temu rosyjscy historycy uzyskali pełny dostęp do polskich archiwów, powstały monografie, wspólne opracowania. Z naukowego punktu widzenia sprawa jest jasna.

Przykro mi, że władze rosyjskie nie mówią o tym, w jaki sposób nasze państwo traktowało żołnierzy, którzy przeżyli polskie obozy. W 1937 roku ci biedni ludzie zostali poddani brutalnym represjom, byli elementem „podejrzanym”, bo mającym związki z II Rzeczpospolitą. Za sam fakt pobytu w polskiej niewoli zostali zamordowani bądź – w najlepszym przypadku – odsunięci od armii. Wolałbym, gdybyśmy zajęli się własną historią, a nie wypominaniem Polakom, że źle obchodzili się z naszymi żołnierzami w 1920 roku.

 
W sprawie Katynia historycy mają coś jeszcze do ustalenia?

W warstwie faktograficznej wszystko jest klarowne. Do wyjaśnienia pozostają pewne kwestie, co powinny uczynić rosyjskie organy państwowe. Chodzi o nadanie zbrodni katyńskiej odpowiedniej kwalifikacji prawnej, poprzez uznanie, że nie było to przestępstwo pospolite (będące przekroczeniem uprawnień przez kilku pracowników NKWD), lecz nieulegająca przedawnieniu zbrodnia przeciwko ludzkości. Druga sprawa to uznanie polskich oficerów za ofiary politycznych represji. Jakieś ruchy w tym kierunku wykonano, ale nie wiadomo, kiedy będziemy mogli powiedzieć o zamknięciu sprawy.

 
Czy rehabilitacja prawna ofiar i wznowienie śledztwa katyńskiego przez Główną Prokuraturę Wojskową to procesy nieodwracalne? Zapowiadały to rosyjskie władze, ale jest wiele obaw, że „odplamianie” historii zostanie przerwane.

Po pierwsze, ten proces ma wielu przeciwników w elitach władzy. Po drugie, jakkolwiek rehabilitacja moralna i prawne uznanie rozstrzelanych oficerów za ofiary politycznych represji może przyjść łatwo, tak nadanie prawidłowej oceny prawnej przez Główną Prokuraturę Wojskową już nie. Zmiana kwalifikacji na „zbrodnię przeciw ludzkości” nie może organom państwowym przejść przez gardło, bowiem żadne przestępstwo w Związku Radzieckim nie zostało tak nazwane. A „skoro jeszcze nie było takiej kwalifikacji, to po co ją dawać?” – słyszymy. To potrwa.

 
Czego boi się rosyjskie państwo?

Odsłaniania czarnych kart historii. To ma związek ze świadomością naszych obywateli. Rosyjskie społeczeństwo jest skonsolidowane wokół idei państwa-mocarstwa. „Mieliśmy wielkie państwo, które niosło ludziom dobro, mimo słabych stron” – myślą ludzie. Zatem przyznanie, że jakieś przestępstwo było zbrodnią przeciwko ludzkości, burzy ten porządek.

Ponadto, nasze władze nie lubią precedensów. Przecież następna w kolejce może ustawić się Estonia, Ukraina czy każda inna była republika ZSRR i zażądać uznania masowych deportacji czy Wielkiego Głodu za „zbrodnię przeciwko ludzkości”. Władze boją się lawiny roszczeń prawnych. U żadnego rosyjskiego przywódcy nie dostrzegam woli, by przestępstwom sowieckim nadawać stosowne prawne oceny, szczególnie gdy dotyczy to obywateli innych państw.

 
Jaka była atmosfera spotkania premierów Polski i Rosji w Katyniu 7 kwietnia 2010 roku, 3 dni przed katastrofą smoleńską? Był Pan członkiem rosyjskiej delegacji.

Władimir Putin był szczerze wzruszony. On się zadumał nad grobami polskich oficerów. Nie wykluczam jednak, że zrobił to dlatego, ponieważ właśnie dopiero wtedy poznał prawdę o Katyniu. To spotkanie było ważne, później była śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego...

 
Pytam o Władimira Putina, bowiem to on odpowiada za projekt stopniowego wyjaśniania kwestii katyńskich, odtajniania dokumentów ze śledztwa. Te działania, a także uczestnictwo Putina w uroczystościach 7 kwietnia 2010 roku to pragmatyczny projekt poprawy stosunków z Polską czy może szczera wola rosyjskich władz?

Z pewnością jakiś czas przed tymi uroczystościami powstał plan skończenia z wzajemną wrogością, która towarzyszyła nam w minionych latach. Jednak Władimir Putin kierował się pragmatyzmem, a nie potrzebami ducha. Świadczy o tym fakt, że w ówczesnej delegacji byli ludzie związani z gospodarką, w tym wicepremier do spraw przemysłu i energetyki Igor Sieczyn czy minister transportu Igor Lewitin. Interesy były kluczowe, po to premier jechał do Katynia. Ale już na miejscu się wzruszył, co stało się impulsem do odtajniania dokumentów katyńskich i przygotowywania rehabilitacji ofiar. Być może, gdyby nie katastrofa smoleńska, ten proces długo by nie potrwał, ale tego się nie dowiemy.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego była wstrząsem, który doprowadził między innymi do emisji w ogólnodostępnej telewizji rosyjskiej „Katynia” Andrzeja Wajdy. Ten film odegrał wielką rolę w formowaniu świadomości społecznej na temat wydarzeń z 1940 roku. Niektórzy otwierali oczy ze zdziwienia, że to jednak NKWD wymordowało polskich oficerów, a nie hitlerowcy.

W Moskwie i Warszawie powstają Centra Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Po raz pierwszy od upadku komunizmu pojawia się możliwość zinstytucjonalizowanej współpracy, również historyków. Czy nie zabraknie woli politycznej, by ten projekt rozwijać?

Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bowiem przedstawiciele „Memoriału” nie zostali zaproszeni do współpracy. Nie liczę też na to, że ktokolwiek do nas zadzwoni.

Zawsze jestem pełen obaw, że państwowe projekty mogą dialog sformalizować i pozbawić duszy. Stosunki dyplomatyczne, współpraca na różnych forach, nawet wspólne gromadzenie materiałów – to wszystko wymaga wyczucia i wrażliwości. Obawiam się, że państwo te kontakty zbiurokratyzuje i stworzy taki nudny „instytut do spraw Polski”. Oczywiście jego znaczenie może być większe, ale pojawia się pytanie, kto z kim będzie współpracował.

W pracy historyka powinno być jak najmniej emocji. Na każdym kroku słyszy Pan masę propagandowych, radzieckich zakłamań. Jak Pan sobie z tym radzi?

Kiedy piszę pracę czy artykuł naukowy, w nich nie ma emocji. Jednak gdy o historii rozmawiam ze współpracownikami, przyjaciółmi czy nieznajomymi, wtedy reaguję jak historyk, obywatel i człowiek. Nie ma historii bez emocji, a przeżywanie jej jest normalne.

Jakiś czas temu byłem w Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, które wywarło na mnie ogromne wrażenie. Jest ono przesiąknięte duchem romantycznego heroizmu, ale nie można uciec od oceny dowódców powstania. Oni naprawdę liczyli na pomoc Stalina? Rozumiem, że chcieli zwyciężyć, ale ci wszyscy ludzie, którzy tam zginęli...

ARSENIJ ROGIŃSKI jest absolwentem historii Uniwersytetu w Tartu (Estonia). W latach 1975–1981 redagował i wydawał w drugim obiegu zbiory prac historycznych „Pamięć”. Za publikację samizdatów aresztowany w 1981 r. i skazany na cztery lata więzienia. Współzałożyciel „Memoriału”, organizacji badającej zbrodnie stalinowskie i występującej w obronie praw człowieka. Od 1998 r. przewodniczący „Memoriału”.

TOMASZ KUŁAKOWSKI jest dziennikarzem Polskiego Radia.
Tekst ukazał się w "Tygodniku Powszechnym", 18 września 2011, nr 38/2011
piątek, 19 sierpnia 2011
Łukasz Adamski, foto: pism.plZ Łukaszem Adamskim rozmawia Tomasz Kułakowski
Tomasz Kułakowski: Impas, wyczekiwanie, pragmatyzm. Które z tych słów najwierniej oddaje stan stosunków polsko-rosyjskich?

Łukasz Adamski: Jesteśmy świadkami długoterminowego trendu poprawy relacji z Rosją. Oczywiście ten trend nie jest pozbawiony amplitudy – raz jest lepiej, potem przychodzi kryzys, ale długookresowo stosunki stają się jednak coraz lepsze. W ubiegłym roku było wiele miłych gestów ze strony władz rosyjskich pod adresem Polski oraz przyjazny klimat medialny. W ostatnich miesiącach pojawiły się z kolei napięcia – przypomnijmy sobie choćby tylko raport rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) obciążający wyłącznie stronę polską za katastrofę pod Smoleńskiem, umieszczenie przez „nieznanych sprawców” tablicy pod Strzałkowem z napisem o sowieckich jeńcach, którzy zginęli w „polskich obozach śmierci”, a także nierówne traktowanie w ostatnich dniach polskich warzyw, w porównaniu z warzywami z innych unijnych państw. Dialog się jednak toczy – tymczasem pięć czy dziesięć lat temu te incydenty doprowadziłyby zapewne do kryzysu w relacjach.

Jednak ten entuzjazm po nagłym ociepleniu z ubiegłego roku przygasł, jeżeli nie wygasł całkowicie.

Albowiem my, Polacy, mamy tendencję, by postrzegać emocjonalnie, przechodzić od skrajnie negatywnych do skrajnie pozytywnych ocen. Po tragedii pod Smoleńskiem w wyniku ciepłej postawy Rosjan przesadny optymizm. Spodziewano się, że autentyczne współczucie narodu rosyjskiego i wiele propolskich gestów władz radykalnie zmienią nasze stosunki.

Tymczasem oba państwa mają wiele sprzecznych interesów, rosyjskie postrzeganie stosunków międzynarodowych jest zupełnie inne od naszego. Ośmielę się rzec, że politycy w Moskwie definiują rosyjską rację stanu w archaiczny sposób. Na tym tle powstają systemowe napięcia. W Polsce nie ma już dużych pokładów rusofobii, lęk przed Rosją może pozostaje, ale niechęć się zmniejsza. Natomiast nasz duży wschodni sąsiad stwierdził, że z jakichś powodów opłaca się mu poprawić relacje z Polską, prawdopodobnie dlatego, że staliśmy się zbyt ważnym państwem i zbyt istotnym graczem w Unii Europejskiej, by nas lekceważyć. Zaczęto dostrzegać, że spory z Polską szkodzą wizerunkowi Moskwy na Zachodzie.

Szansą na poprawę stosunków są też tendencje, może spóźnione, ale warte podkreślenia, destalinizacji rosyjskiej narracji historycznej, w co zaangażował się prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew.

Nie wydaje się Panu, że ten duży projekt modernizacji Rosji, którego ważnym elementem jest rozstanie się ze Stalinem, pozostał w sferze życzeń? Rewolucje w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie spowodowały, że elity wzięły się za betonowanie systemu politycznego, by nie doszło do żadnych antyreżimowych wystąpień.

To oczywiście diagnoza częściowo słuszna. Znacznie większą władzę ma premier Władimir Putin, a on zawsze był bardziej wstrzemięźliwy wobec idei destalinizacji, demokratyzacji, nie podejmował walki z korupcją. Jestem jednak przekonany, że rosyjska kultura i system polityczny będą ewoluowały w kierunku środkowo- i zachodnioeuropejskim. Modernizacja, demokratyzacja i zmiana sposobu myślenia Rosjan leży w naszym najgłębszym interesie. Do prowadzenia dialogu musimy wykorzystywać szanse, które stwarzają krótkie odwilże w Rosji. W historii nie było ich tak wiele, ostatnia za czasów pierestrojki Michaiła Gorbaczowa i rządów prezydenta Borysa Jelcyna.

Jak to wykorzystywać? Nie powiemy byłemu pułkownikowi KGB Władimirowi Putinowi, jak się wyzbyć totalitarnego myślenia.

Warto podkreślić, że ze strony rosyjskiej decyzję o poprawieniu relacji z Polską podjął właśnie Putin. Rosjanie z jakichś powodów zgodzili się na utworzenie w Moskwie i Warszawie Centrów Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Są zainteresowani działaniem u siebie tej instytucji, na którą przeznaczą milion euro rocznie. Pieniądze trafią na budowanie szeroko rozumianego dialogu – współpracy historyków, dziennikarzy, młodzieży czy artystów. W historii są dwie siły napędowe, gospodarka oraz idee. Skoro nie możemy konkurować z największymi graczami europejskimi na poziomie gospodarek, to wykorzystujmy transfer idei.

­Brałem udział w Polsko-Rosyjskim Kongresie Mediów we Wrocławiu, pierwszej inicjatywie polskiego Centrum. Odczułem potrzebę dialogu, kontaktów dziennikarzy, politologów, ludzi kultury. Jednak do powodzenia takich inicjatyw potrzebna jest wola polityczna, szczególnie tam, po drugiej stronie. Poza tym, władze rosyjskie chciałyby ten dialog kontrolować, eliminując z niego m.in. antysystemowych rosyjskich demokratów.

Rosja jest tak skonstruowana, że władze najchętniej wszystko by kontrolowały. Nie wiem, jak silna jest wola dialogu, ale ją dostrzegam. Wykorzystujmy to, że powstaje instytucjonalna baza do współpracy. Wcześniej mogliśmy o tym pomarzyć.

Były też zapowiedzi rozsupłania raz na zawsze węzła katyńskiego, by mord NKWD z 1940 r. nie był już tematem politycznych rozmów. Rosjanie obiecali przekazanie wszystkich dokumentów ze śledztwa katyńskiego, a także rehabilitację prawną ofiar. Młyn biurokracji miele jednak powoli. Wiele środowisk się niecierpliwi.

Jesteśmy zbyt niecierpliwi. W kraju, w którym tradycje demokratyczne ograniczają się do okresu średniowiecznej Republiki Nowogrodzkiej, Rządu Tymczasowego z 1917 r. oraz „kulawej” demokracji za Borysa Jelcyna, musi być dużo środowisk, które myślą i działają w sposób totalitarny. Większa część elit politycznych wywodzi się ze służb specjalnych, które nigdzie na świecie nie powinny uczestniczyć w życiu politycznym, tym bardziej z dawnych dyktatur. Tym ludziom nie zależy na wyjaśnieniu zbrodni katyńskiej i setek „rosyjskich Katyniów”. Ale jest lepiej niż kilka lat temu. Znając tradycję międzypokoleniowej „solidarności czekistów”, obserwujemy, jak były pułkownik KGB Władimir Putin odcina się od „ojców”, biorąc udział w uroczystościach katyńskich 7 kwietnia 2010 r.

Żeby Rosję zmieniać, potrzebna jest mozolna praca organiczna. Zapewne doświadczymy jeszcze wiele przykrości, drobnych „ukąszeń”, ale jesteśmy pewnym siebie narodem, więc miejmy cierpliwość do Rosjan i oddziałujmy stopniowo.

Energetyka jest często wymieniana jako przykład trudnego dialogu z rosyjskimi władzami. Ale jest też, czy też była, sfera pragmatycznej współpracy. Szefowie dyplomacji Radosław Sikorski i Siergiej Ławrow od dwóch lat lansowali projekt objęcia obwodu kaliningradzkiego bezwizowym ruchem przygranicznym. Na wydłużenie pasa z 50 do ok. 100 km od granicy musi się zgodzić Komisja Europejska. Ale bardziej od brukselskiego zwlekania martwią słowa Władimira Putina. Rosyjski premier kilka tygodni temu skrytykował celowość wprowadzania ułatwień wizowych dla obwodu kaliningradzkiego. Powstaje pytanie, czy Rosji zależy na ruchu bezwizowym nad Bałtykiem, czy może Putin boi się integracji tego regionu z Europą?

Być może jest to wynik rozczarowania postawą Unii Europejskiej, blef negocjacyjny, a może mrugnięcie okiem do eurosceptycznych rosyjskich „jastrzębi”. Polska powinna jednak w dalszym ciągu promować ten projekt i mieć nadzieję, że niechęć rosyjskiego premiera minie.

A może celem elity jest zapobieżenie wybuchowi społecznego niezadowolenia, gdy mieszkańcy Kaliningradu i okolic poczują europejskiego ducha np. w Gdańsku na zakupach? W stolicy obwodu były już dziesięciotysięczne protesty w styczniu 2010 r., które doprowadziły do dymisji gubernatora Gieorgija Boosa.

Oczywiście, że się boją, ale czy dwa lata temu było inaczej? Władze rosyjskie obawiają się wszelkich spontanicznych akcji społecznych i „niekontrolowanej demokratyzacji”.

Czy możliwy powrót na Kreml Władimira Putina w przyszłorocznych wyborach zmieni symbolikę stosunków polsko-rosyjskich? Wywodzącemu się z profesorskiej, prawniczej rodziny Miedwiediewowi łatwiej przychodzą pewne zachowania i wypowiedzi.

Powrót Putina nie powinien zagrozić dialogowi polsko-rosyjskiemu, jeśli nie pogorszą się stosunki Rosji ze światem zachodnim. Natomiast gdyby na drugą kadencję został Miedwiediew, powinno być łatwiej. Możemy mieć sympatie, ale musimy rozmawiać z politykami, którzy są u władzy.

Rosja to państwo wielu problemów. Gospodarka oparta jest na surowcach, klasa średnia raczkuje, między Moskwą a prowincją jest przepaść, podobnie jak między niewielkim odsetkiem ludzi bajecznie bogatych a pozostałymi obywatelami. Kraj jest pogrążony w korupcji, ma problemy demograficzne, zagraża mu terroryzm, a chińska potęga napiera od wschodu. Prędzej czy później, Rosja będzie musiała podjąć szereg reform, które upodobnią jej system polityczno-społeczno-gospodarczy do znanych nam w Unii Europejskiej. Jest to jednak zadanie dla dwóch albo trzech rosyjskich pokoleń.

Łukasz Adamski jest politologiem i historykiem, koordynuje program ds. stosunków bilateralnych w Europie w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

Tomasz Kułakowski jest dziennikarzem Polskiego Radia, Informacyjnej Agencji Radiowej.
Rozmowa ukazała się w Tygodniku Powszechnym.



wtorek, 08 marca 2011

Cmentarz Katyński, fot. T. Kułakowski58 lat po śmierci Józefa Stalina władze na Kremlu coraz odważniej mówią o konieczności destalinizacji Rosji, usłanej "Katyniami" od Smoleńska po Władywostok. Ten proces potrwa wiele lat, ale jest konieczny, by wypełnić treścią ideologiczną pustkę Rosjan, którzy 20 lat po rozpadzie totalitarnego reżimu wciąż poszukują własnej tożsamości.

Kreml, 1 lutego 2011 roku. Dmitrij Miedwiediew wydaje dekret powołujący Radę Praw Człowieka i Społeczeństwa Obywatelskiego przy prezydencie. Rada przedstawia rosyjskiemu przywódcy projekt destalinizacji, desowietyzacji i dekomunizacji Rosji. Trwa żywiołowe spotkanie. Miedwiediew wsłuchuje się w głosy kilkudziesięciu ekspertów.

- Wszyscy musimy złożyć hołd milionom ofiar. Naród, który nie chce wiedzieć o istnieniu niezliczonych grobów swoich ojców i matek, nie może liczyć na szacunek do samego siebie i szacunek innych narodów. Jeśli rozpoczniemy realizację tego projektu, zacznie się wypełniać moralna próżnia, która zjada nasze społeczeństwo, prowadzi do jego barbaryzowania, w tym do wszechogarniającej korupcji i nihilizmu prawnego - mówi Siergiej Karaganow, szara eminencja na Kremlu, przewodniczący prezydenckiej Rady Polityki Zagranicznej i Obronności. Z jego ust padają ważne słowa: - Rosja to ogromny Katyń, z tysiącami grobów najlepszych obywateli ZSRR.

Dmitrij Miedwiediew potakuje. Przytacza sondaż, który wskazuje, że 26 procent Rosjan wciąż jest przekonanych, że zbrodnię katyńską popełnili hitlerowcy.

- To bardzo smutne, że co czwarty nasz obywatel uważa, wbrew dokumentom, a osobiście tę teczkę wyciągnąłem, że wina Rosjan to kłamstwo, by rzucić cień na naszą ojczyznę. Niestety, tak nie było. Dlaczego o tym mówię? Pracę odtajniania dokumentów trzeba kontynuować, prowadzić jak najaktywniej, nawet jeśli są to czarne karty naszej historii - mówi prezydent.

W podobnym tonie Miedwiediew wypowiadał się wielokrotnie, może nawet dziesiątki już razy. To on rozpoczął proces przewartościowania rosyjskiej polityki historycznej, która jeszcze przed obchodami 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte stała na stanowisku, że Stalin nie jest współwinny wybuchu wojny, a pakt Ribbentrop-Mołotow był wyłącznie dokumentem pokojowym.

Zaczęło się właśnie w Gdańsku w 2009 roku, gdzie premier Władimir Putin potępił pakt Ribbentrop-Mołotow i oddał hołd ofiarom II wojny światowej. Później nastąpiło "przyspieszenie" procesu żegnania się z Leninem i Stalinem i ważny gest premiera Rosji, który 7 kwietnia ubiegłego roku uklęknął w Katyniu przed mogiłami polskich oficerów. Rosjanie zaczęli myśleć: skoro zrobił to wywodzący się z KGB Putin, to dlaczego nie miałby uklęknąć przed milionami rosyjskich ofiar zbrodniczego reżimu?

Paradoksalnie, pomogła też katastrofa smoleńska, która otworzyła oczy rosyjskim masom na tę okrutną zbrodnię z 1940 roku. Nie minęły dwa tygodnie od tragedii samolotu, gdy Rosjanie zobaczyli w państwowej telewizji film "Katyń" Andrzeja Wajdy.

- Nigdy nie przypuszczałem, że dożyję dnia, w którym zrobię ten film, ani tym bardziej chwili, kiedy będzie on szeroko pokazywany w rosyjskiej telewizji. Nic tego nie zapowiadało, a wziął on udział w dyskusji o przyszłości Rosji, czego zupełnie już nie mogłem się spodziewać. Okazuje się, że trzeba długo żyć - mówi reżyser.

I tak, po wielu miesiącach przygotowań, 1 lutego br. ruszył projekt destalinizacji, będący wciąż w powijakach, ale mający za zadanie strącanie Stalina i podobnych mu zbrodniarzy z piedestału. W pierwszym etapie procesu będą stawiane pomniki ku czci ofiar zbrodni komunistycznych. Pojawią się w całej Rosji, ale dwa centralne powstaną w Lesie Kowalewskim pod Sankt Petersburgiem, gdzie bolszewicy w latach 1918-21 rozstrzelali kilka tysięcy ludzi, a także w stolicy nad kanałem łączącym rzekę Moskwę z Wołgą, przy budowie którego zginęły setki więźniów GUŁagu. Rada chce też stopniowo otwierać archiwa radzieckie, tak jak Miedwiediew uczynił to z dokumentami katyńskimi, publikując je w internecie. Do łask mają wrócić dawni więźniowie GUŁagu, którzy żyją w głębokiej frustracji, widząc swoich dawnych oprawców mających konkretne emerytury. Państwo ma docenić i dowartościować ofiary totalitarnego reżimu, podnosząc im na stare lata uposażenia.

Władze chcą też rozprawić się z Leninem. Jedna Rosja, partia władzy Władimira Putina, wzięła sobie za punkt honoru usunięcie zabalsamowanego ciała Władimira Iljicza z placu Czerwonego. W internecie wystartował sondaż: "Popiera Pan/Pani ideę pochowania ciała Lenina?". Gdy zaglądałem na stronę wczoraj, "tak" odpowiedziało 217 tysięcy osób spośród 320 tysięcy głosujących, czyli prawie 68 procent. Jednak wciąż co trzeci internauta chce pozostawienia Lenina w mauzoleum.

- Niestety, nic w Rosji nie jest nieodwracalne - mówi pół żartem o procesie destalinizacji prof. Adam Daniel Rotfeld, współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. - Ale mówiąc poważnie, jest to nowe zjawisko, związane z programem modernizacji, a także z dochodzeniem do władzy młodego pokolenia, które nie ma takich oporów wewnętrznych jak ich ojcowie, nie wspominając o dziadkach.

W noworocznych życzeniach do narodu Dmitrij Miedwiediew mówił: - Będziemy razem budować współczesną Rosję - silną, otwartą, przyjacielską. Rosja to młode państwo. W tym roku skończy 20 lat. Dla państwa to żaden wiek, ale dzieci urodzone w nowej Rosji są już dorosłe. Teraz od nich zależy, jakie będzie drugie dziesięciolecie XXI wieku.

Oglądający noworoczne orędzie prezydenta widzowie byli zdziwieni, że żyją w "młodym państwie". Ale nie wszyscy, bowiem coraz więcej Rosjan chce żyć w kraju Puszkina i Sołżenicyna, a nie Lenina i Stalina. Potomkowie ofiar i katów powoli dojrzewają do tego, by zrzucić balast tragicznej historii, przeklętego XX wieku, 70-letniej "wojny domowej".

Tomasz Kułakowski

czwartek, 10 lutego 2011

Ambasador Rosji w Warszawie zapowiedział rehabilitację prawną polskich oficerów rozstrzelanych wiosną 1940 roku w Katyniu. Tę deklarację można odczytywać jako wręczenie cukierka – na osłodę po gorzkim i zatruwającym stosunki polsko-rosyjskie raporcie MAK o katastrofie pod Smoleńskiem.

Cmentarz katyński, fot. T. Kułakowski

Aleksander Aleksiejew w wywiadzie dla rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax powiedział, że poszukiwane są możliwości prawne dla przeprowadzenia rehabilitacji. Później spotkał się z polskimi dziennikarzami, by rozwinąć temat. Zapowiedział, że rehabilitacja będzie stricte prawna, zaś każdy z zamordowanych oficerów będzie zrehabilitowany imiennie. - To nie jest kwestia politycznej, lecz prawnej rehabilitacji, ponieważ wszystkie polityczne decyzje w tej sprawie zostały już podjęte – powiedział dyplomata.

Nie wiadomo dokładnie, jak rehabilitacja ma być przeprowadzona. Ambasador tłumaczył, że są dwie możliwości: wniesienie zmian do rosyjskiej ustawy o rehabilitacji ofiar represji politycznych albo wydanie dekretu prezydenta Rosji o rehabilitacji ofiar katyńskich. Nad tymi rozwiązaniami pracują rosyjscy prawnicy. Bardziej prawdopodobna jest druga możliwość.

Wydaje się bowiem, że Rosjanie zrobią wszystko, by pokazać, że prezydentowi Dmitrijowi Miedwiediewowi faktycznie zależy na rozliczeniu stalinowskiej przeszłości, w tym zbrodni katyńskiej. Dekret prezydenta rehabilitujący polskich jeńców zamordowanych strzałem w tył głowy w 1940 roku zamknie usta politykom w Polsce, a Katynia nikt nie będzie już wypominał. – Nie jesteśmy zainteresowani przedłużaniem sprawy, tylko tym, by sprawa Katynia jak najszybciej wyszła z politycznego obrotu, przestała być punktem obrad w dwustronnym dialogu – podkreślił Aleksiejew, zapewniając, że koniunktura polityczna nie zatrzyma, ani nie przyhamuje tego procesu.

Prezydent stara się rozliczyć cały okres stalinizmu. Przecież etniczni Rosjanie to obok Ukraińców najliczniejsza grupa ofiar, a ich „Katynie” są rozsiane po całej Federacji Rosyjskiej.

Wierzę w szczerość intencji Miedwiediewa. Często wracam do wywiadu, jakiego udzielił dziennikowi "Izwiestia" w maju ubiegłego roku, tuż przed 65. rocznicą zakończenia II wojny światowej. - Stalin dopuścił się ogromnej liczby przestępstw przeciwko narodowi. Nieważne, że dużo pracował, że państwo osiągało sukcesy. To, co uczynił swoim obywatelom, nie może zostać wybaczone – powiedział Miedwiediew, nazywając ZSRR państwem totalitarnym. Gdy wywiad czytali przeciętni Rosjanie, rosyjski przywódca przekazał na Kremlu pełniącemu wówczas obowiązki prezydenta Bronisławowi Komorowskiemu pierwszą partię dokumentów ze śledztwa katyńskiego, które w latach 1990-2004 prowadziła Główna Prokuratura Wojskowa w Moskwie. To było przełomowe wydarzenie, niespełna miesiąc po katastrofie, która – przynajmniej na początku - połączyła oba narody i zbliżyła do siebie, również elity polityczne.

Problem polega jednak na tym, że Miedwiediew jest tylko formalnie pierwszą osobą w państwie. Rosją rządzi elita pod przywództwem premiera Władimira Putina, która za punkt honoru stawia sobie obronę "prestiżu" Rosji jako spadkobierczyni ZSRR. Co prawda, to Putin jest pomysłodawcą rozwiązania problemu Katynia, ale w sposób najmniej "bolesny" dla Rosji. Elita boi się precedensu w postaci roszczeń odszkodowawczych po rehabilitacji prawnej. Gdyby rodziny wszystkich ofiar stalinowskich represji wystąpiły z żądaniami zadośćuczynienia finansowego, państwo rosyjskie niechybnie zbankrutowałoby. Poza tym, kultywowana przez Kreml idea państwa-mocarstwa mówi, że to ono jest najwyższą wartością, a nie człowiek, dlatego trzeba je chronić. Uznanie Katynia za ludobójstwo czy chociażby zbrodnię przeciwko ludzkości byłoby przyznaniem się do winy i wzięciem na siebie odpowiedzialności za zbrodnie stalinowskie. A tego nie należy oczekiwać od elity, wywodzącej się w znacznej mierze z KGB, będącego następcą NKWD.

Dlatego też, o czym mówi się w kuluarach dyplomatycznych, zapowiadana rehabilitacja będzie miała zapewne charakter umowny - w oparciu o dekret prezydenta. Nie można przecież zrehabilitować osób, które nie były skazane przez sąd. Pamiętajmy, że w przypadku polskich jeńców wojennych nie było wyroku organów śledczych czy państwowych, tylko rozkaz Stalina wydany oprawcom z NKWD.

Rosja jednak chce rozsupłać "węzeł katyński" – tak, by kwestia ta nie stawała już na agendzie rozmów polsko-rosyjskich. Tym bardziej nie dziwi zapowiedź rehabilitacji, którą można oceniać jako osłodę po skandalicznym raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego w Moskwie (MAK), który winą za katastrofę obarczył w 100 proc. stronę polską.

Część rodzin katyńskich z ulgą przyjęła deklarację rehabilitacji, inni potomkowie pomordowanych oficerów są bardziej wstrzemięźliwi, podobnie jak MSZ. Rzecznik resortu dyplomacji Marcin Bosacki powiedział tylko, że deklaracja cieszy, ale Polska oczekuje konkretnych działań.

I należy oczekiwać dalszych kroków rosyjskich władz, podejmowanych przez pomysłodawcę całkowitego rozwiązania kwestii Katynia Władimira Putina oraz wykonawcę tej idei Dmitrija Miedwiediewa. Odtajniane są kolejne dokumenty ze śledztwa katyńskiego. W naszych archiwach jest już 137 ze 183 tomów akt. Niewykluczone, że podczas 71. rocznicy katyńskiej i pierwszej rocznicy smoleńskiej, rosyjskie władze przekażą wszystkie materiały, choć odbędzie się to zapewne bez rozgłosu, w zaciszu kremlowskich gabinetów.

Zwolennicy zbliżenia polsko-rosyjskiego mówią, że Rosja jest jak gigantyczny tankowiec, który potrzebuje sporo czasu, by wykonać jakikolwiek ruch.

- Ten proces będzie ewoluował, ale jego finał to dosyć odległa przyszłość. Mamy mniej szczęścia niż Niemcy, ponieważ im do rozliczenia nazizmu pomogło konkretne wydarzenie, czyli porażka w II wojnie światowej – mówił mi podczas jednego z moich pobytów w Moskwie Aleksander Gurjanow, działacz rosyjskiego "Memoriału", organizacji badającej zbrodnie stalinowskie.

Rosjanie w sprawie Katynia mają jeszcze wiele do zrobienia, by wspomnieć ustalenie tzw. białoruskiej listy katyńskiej z 3 tys. nazwisk. Ale postępująca demilitaryzacja stosunków polsko-rosyjskich daje nadzieję, że "węzeł katyński" będzie w końcu rozsupłany.

Tomasz Kułakowski

niedziela, 19 grudnia 2010

Kadyrow na okładceCzeczeński prezydent Ramzan Kadyrow, który jeszcze rok temu nawoływał do likwidacji Ukrainy, dziś widnieje na plakatach rozwieszonych w stolicy tego kraju, Kijowie.

Zdjęcie Kadyrowa znalazło się na billboardach reklamujących tygodnik "Profil", któremu udzielił wywiadu, zachęcając Ukraińców do inwestowania w Czeczenii.

"Czeczenia - kraj, który odrodził się z popiołów" - głosi tytuł rozmowy z Kadyrowem.
Prezydent Czeczenii udzielił wywiadu na początku grudnia, kiedy przyleciał do Kijowa na mecz bokserski z udziałem swego rodaka, Zaurbeka Bajsangurowa. Choć wizyta była nieoficjalna, na lotnisku powitał go rosyjski ambasador na Ukrainie, Michaił Zurabow.

W grudniu 2009 roku ukraińskie media emocjonowały się wypowiedzią Kadyrowa dla brytyjskiego dziennika "Daily Telegraph", w której namawiał on do ostatecznego rozwiązania problemu m.in. niepodległej Ukrainy.
"Gruzja, Osetia Południowa, Ukraina - wszystko to będzie trwało i trwało. To jakaś rosyjska dolegliwość. Czy musimy to ciągle znosić, jeśli można to zlikwidować raz i na zawsze? Jesteśmy wielkim państwem, mamy i armię, i sprzęt. Musimy przejść do ataku" - oświadczył wówczas czeczeński prezydent.
Kadyrow, były rebeliant, który przeszedł na stronę Kremla, jest prezydentem Czeczenii od 2007 roku. Wcześniej przez dwa lata był premierem tej republiki położonej na rosyjskim Północnym Kaukazie.

Uchodzi za faworyta Władimira Putina. W 2004 roku podczas wyborów prezydenckich w Rosji kierował jego sztabem wyborczym w Czeczenii. W sierpniu 2009 roku zaproponował, by Putin został dożywotnim prezydentem Rosji.
Kadyrow nie przyjeżdżał na Ukrainę, kiedy władzę sprawował tu prozachodni prezydent Wiktor Juszczenko. W lutym stanowisko szefa państwa ukraińskiego zajął określany mianem prorosyjskiego polityka Wiktor Janukowycz.

Źródło: PAP

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20