Blog o Rosji. O polityce, historycznej również, relacjach władza-obywatel, ludziach opozycyjnie myślących, Moskwie.
RSS
czwartek, 31 maja 2012

Rocznica powstania ONF, foto narodfront.ruO ciekawej kwestii pisze dzisiejsza "Niezawisimaja Gazieta". Otóż Ogólnorosyjski Narodowy Front (ONF) być może przekształci się w partię polityczną.

Przypomnę, że ONF powstał w maju 2011 roku jako luźny związek, skupiający organizacje społeczne, młodzieżówki, partie polityczne, związki zawodowe, obywateli, krótko mówiąc zwolenników Władimira Putina. Putin oparł kampanię wyborczą na działaczach frontu, dystansując się jednocześnie od Jednej Rosji, zwanej przez opozycję partią oszustów i złodziei. 

NG pisze, że do końca lata rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości zarejestruje ONF jako organizację społeczną, zaś jesienią front ma intensywnie działać w regionach.

Jak ma wyglądać dalsza transformacja frontu? Plan maksimum to stworzenie samodzielnej partii na kolejne wybory do Dumy Państwowej (2016 rok), w przypadku dalszego spadku poparcia dla Jednej Rosji. Jak rozumiem, ONF zdobyłby większość w wyborach parlamentarnych i mógł samodzielnie lub przy wsparciu JedRo rządzić. Plan minimum to stworzenie dwupartyjnego systemu politycznego - centroprawicowej JedRo i centrolewicowej ONF - mówią "NG" źródła w administracji prezydenta.

Nowa partia miałaby być odpowiedzią Kremla na poszukiwania lidera i partii po lewej stronie sceny politycznej. Jedna Rosja jako partia "oszustów i złodziei" jest nieustannie krytykowana przez parlamentarną opozycję - LDPR, ale również komunistów i Sprawiedliwą Rosję. Eserzy, jak w Rosji są nazywani deputowani Sprawiedliwej Rosji, wymknęli się spod kontroli Kremla i od grudnia uczestniczą w antyputinowskich protestach. Prym wiodą deputowani Giennadij (ojciec) i Dmitrij (syn) Gudkowowie, a także Ilia Ponomariow. Szef partii Siergiej Mironow dystansuje się od ulicy, ale nie unika krytyki Kremla. Po lewej stronie walczy też Siergiej Udalcow, lider "Lewego Frontu", pozasystemowej partii opozycyjnej, który jest jednym z głównym organizatorów białych protestów i spacerów.

Obecne akcje to protesty "sytych". Gazeta konstatuje, że ONF przyda się jesienią, gdy niezadowoleni zaczną być również ci "głodni" Rosjanie, z małych miast i miasteczek, uzależnieni od pieniędzy z budżetu państwa, choć nie powinni wychodzić na ulice (o tym mówił mi w marcu Lew Gudkow, szef Centrum Lewady).

- Zacznie się recesja, kryzys ekonomiczny, spadek cen ropy naftowej, okaże się, że nie da się zaspokoić oczekiwać społeczeństwa i społeczeństwo zacznie wychodzić na ulice. I wtedy pod ręką powinien być instrument do rozwiązywania problemów, ONF - mówi "NG" Igor Bunin, szef Centrum Technologii Politycznych.

Ten scenariusz, opisany przez NG, wydaje się bardzo prawdopodobny. Powstanie nowej partii będzie jednak uzależnione od poparcia dla Władimira Putina. Jeżeli ono będzie spadać, żadna siła polityczna tego nie cofnie. Dotychczas było tak, że to Putin był motorem Jednej Rosji, a nie na odwrót. Póki co Jedna Rosja spoczywa na barkach Dmitrija Miedwiediewa, a eksperci w Rosji zastanawiają się, czy to "kara" czy "nagroda" za lojalność.

15:17, gosporosja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 maja 2012

Tak oto staję się korespondentem Polsat News w Moskwie. Staję się, ponieważ czekam na oficjalną akredytację dziennikarską Ministerstwa Spraw Zagranicznych FR oraz organizuję "korpunkt", czyli placówkę korespondenta.

Póki co, rozkręcam się. Trochę fotografuję:

Moscow City, fot. Tomasz Kułakowski (C) Moskwa, widok na rzekę i hotel Ukraina, fot. Tomasz Kułakowski (C) Moskwa, hotel Ukraina, fot. Tomasz Kułakowski (C) Moskwa, widok na rzekę, fMoskwa, widok na rzekę, fot. Tomasz Kułakowski (C)ot. Tomasz Kułakowski (C)

Spaceruję po Moskwie, obserwuję protestujących Rosjan:

Protest pod pomnikiem Bułata Okudżawy, Arbat, Moskwa fot. Tomasz Kułakowski (C)Protest pod pomnikiem Bułata Okudżawy, Arbat, Moskwa fot. Tomasz Kułakowski (C)Protest pod pomnikiem Bułata Okudżawy, Arbat, Moskwa fot. Tomasz Kułakowski (C)Protest pod pomnikiem Bułata Okudżawy, Arbat, Moskwa fot. Tomasz Kułakowski (C)Protest pod pomnikiem Bułata Okudżawy, Arbat, Moskwa fot. Tomasz Kułakowski (C)

Obserwuję też, jak Władimir Putin mknie do pracy, z prędkością co najmniej 140 km/h:

Putin mknie na Kreml, Kutuzowskij Prospekt, Moskwa, fot. Tomasz Kułakowski (C)

Trafiłem na ciekawy czas. Z jednej strony, spora część Rosjan nie może pogodzić się z powrotem Putina na Kreml. Z drugiej strony, władza - swoim zwyczajem - dokręca śrubę. Putin znów jest najważniejszy i znów codziennie spotyka się z przedstawicielami a to partii, a to przedsiębiorców-handlowców, a to różnych izb, instytucji itd. O wszystkim wie najlepiej i wszyscy go słuchają. Obrzydło to już dawno...

Będzie w Rosji ciekawie. Ci protestujący, czy też spacerujący lub okupujący, nie dadzą za wygraną. Władza da im popalić, tak jak opozycji systemowej i pozasystemowej (próbują wykończyć m.in. Sprawiedliwą Rosję, która zerwała się ze sznura, firmę ochroniarską Giennadija Gudkowa obdarto z licencji na broń, choć swoją drogą, czy deputowany powinien w ten sposób dorabiać?). Ale "opozycja społeczna" jest niezwykle twórcza. "Klasa kreatywna". To ciekawi ludzie, którzy znają swoją wartość.

Chcę poznawać Rosję, by rozumieć. Na pewno będę miał jej dość (wczoraj zrobiłem gigantyczną awanturę na poczcie, gdy kobiety powiedziały mi, że mają "przerwę obiadową". Zacząłem się awanturować, że muszą mnie obsłużyć, a jeść mogą po kolei, a nie wszystkie naraz i... udało się. Mam nadzieję, że list dotrze, bo to ważna sprawa!), często będzie mnie zaskakiwać pozytywnie i negatywnie.

Moskwa jest trudna do codziennego życia, ale skoro żyją tu miliony ludzi, to i ja dam sobie radę.

Zamierzam też częściej pisać. O Rosji, tym państwie tak często przekłamanym, o naszych stereotypach i kompleksach, pokładach rusofobii. Nie boję się Rosji, Putina, służb specjalnych, rosyjskiej armii i rakiet. Rosja musi się wreszcie odnaleźć po 70 latach totalitaryzmu. Demokracji być może tu nigdy nie będzie, ale zawsze będzie ciekawie.

21:42, gosporosja
Link Komentarze (9) »
środa, 14 marca 2012

Niedziela wyborcza, 4 marca, Moskwa/  fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnijChciałbym podziękować warszawskiemu przedstawicielstwu Fundacji im. Heinricha Boella, dzięki któremu mogłem obserwować i relacjonować wybory prezydenckie w Rosji (dla Polsat News, "Tygodnika Powszechnego", "Dziennika Polskiego", New Eastern Europe-Nowej Europy Wschodniej).

To niesamowite, gdy Fundacja chce wspierać merytoryczne dziennikarstwo, a ja mogę jedynie zaoferować podziękowania pod reportażem. Bez wsparcia Fundacji nie stać byłoby mnie na wyjazd do Rosji. Odkąd rozstałem się z Polskim Radiem w grudniu, jestem "półbezrobotny", tzw. freelancer.

Mamy do czynienia z niepokojącym zjawiskiem nie tyle tabloidyzacji mediów, co obniżki standardów, jakości przekazu medialnego, rezygnowania z doświadczonych, ale drogich dziennikarzy, na rzecz pracujących za półdarmo "młodych wilczków", do których nie można mieć pretensji. Dla osób, które chcą się zajmować konkretną działką, w mediach newsowych jest coraz mniej miejsca. I tu pojawia się dylemat: albo robimy wszystko i nic, a po godzinach realizujemy pasję, albo realizujemy tylko pasję i jesteśmy bez środków do życia.

Wybrałem drugie rozwiązanie i... póki co nie żałuję.

Brakuje w Polsce środowisk, chcących wspierać dobre dziennikarstwo ze świata, nie tylko z Rosji czy Ukrainy, ale np. z Azji, która de facto nie istnieje w polskich mediach, choć czytamy, że "Chińczyki trzymają się mocno".

Pisanie zza biurka to nie to samo, co oddychanie tym samym powietrzem w Moskwie. Do Rosji jechałem przekonany, że państwo szybko się zmieni, że ludzie nie wrócą już z ulicy do domów. Okazało się inaczej. Ewolucja potrwa długo, może nawet 15-20 lat. Jednak warto ten proces obserwować. Tym bardziej jestem szczęśliwy, że mogłem tam być. Dziękuję.

czwartek, 08 marca 2012

Dmitrij Babicz, fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnijPublikuję wywiad z Dmitrijem Babiczem, ekspertem politycznym, komentatorem agencji informacyjnej RIA Nowosti. Wywiad w skróconej wersji ukazał się w "Dzienniku Polskim"

Jak silną legitymację do rządzenia ma Władimir Putin?

Paradoksalnie silniejszą, niż w 2004 roku. Wówczas odbyły się „leniwe” wybory, jego konkurenci nie liczyli się w batalii o Kreml, nie było politycznych intryg. Teraz, po fali antyputinowskich protestów, społeczeństwo znów interesuje się polityką, a Putin zgromadził spory elektorat negatywny, szczególnie w dużych, ponadmilionowych miastach.

Mam nadzieję, że Putin wykorzysta tę legitymizację do częściowej demokratyzacji Rosji – realnej, a nie retorycznej w stylu Miedwiediewa. Nie jest to oczywiste, bowiem poradzieckie elity polityczne w Rosji mają dwa priorytety: utrzymanie władzy i pełnej kontroli nad gospodarką, a także integrację Rosji z Zachodem, by wspólnie z Francją, Niemcami i Stanami Zjednoczonymi „decydować o losach świata”.

Reformy polityczne wpisują się w drugi priorytet, ich celem jest pokazanie światu, że Rosja staje się krajem demokratycznym, chroniącym prawa człowieka. Jeżeli nawiedzi nas jednak druga fala kryzysu ekonomicznego i realizacja pierwszego priorytetu będzie zagrożona, nie ma co liczyć na demokratyzację, bowiem to zostanie odłożone na „lepsze czasy”.

Demokratyzacja jest konieczna?

Tak, ale to skomplikowany proces. Reformy prodemokratyczne muszą być „rosyjskie”, nie takie jak na Zachodzie. Mamy zupełnie inną kulturę polityczną, a także muzułmańskie enklawy. W Tatarstanie np. nikt nie głosował na Władimira Żyrinowskiego, ponieważ Tatarzy uważają, że jego nacjonalistyczne i szowinistyczne poglądy nie są śmieszne, lecz niebezpieczne. Z drugiej strony, Czeczeni głosowali w parlamentarnych wyborach na Jedną Rosją (partia władzy zdobyła w tej republice ponad 99 proc. głosów) nie dlatego, że kocha Putina, lecz w celu wprowadzenia do Dumy Państwowej jak najwięcej Czeczenów. Głosowanie na komunistów czy partię Żyrinowskiego nie dałoby takich rezultatów. Dlatego też teraz poparli prawie w 100 procentach  Putina.

Rosja nie jest małym europejskim państewkiem, gdzie można rządzić demokratycznie. Jesteśmy byłym imperium, mamy masę problemów, jak np. relacje z muzułmanami, ratowanie wymierających wsi, itd.

Putin jest zdolny do reformowania gospodarki? Wielu ekonomistów w to wątpi.

Tu też nie ma tu prostej odpowiedzi. Rosją od dwudziestu lat rządzą finansiści, którzy nie zwracają uwagi na podnoszenie poziomu życia mieszkańców, lecz na to, ile jest pieniędzy w skarbcach. By było ich więcej, tną koszty, a nie reformują.

Co dalej ruchem opozycyjnym? W protestach, takich jak wczoraj na placu Puszkina w Moskwie, biorą udział nacjonaliści, liberałowie, skrajna lewica…

Opozycja nie odniesie sukcesu politycznego właśnie z powodu tej różnorodności. Liberałowie, nacjonaliści i komuniści na przemian obwiniają Putina o poglądy, bliskie swojej konkurencji. Liberałowie oskarżają Putina, że jest nacjonalistą, nacjonaliści, że jest liberałem itd. Putin jest pomiędzy i wychodzi zwycięsko, bowiem reprezentuje każdą z tych grup lepiej niż one same.

Jedyną szansą dla opozycji jest podział ideologiczny. Idiotycznie wygląda, gdy na jednej demonstracji obok siebie stoi liberał, były minister finansów Aleksiej Kudrin i trockista, lider „Lewego Frontu” Siergiej Udalcow.

Kto mógłby zostać nowym liderem? Wśród antyputinowskich opozycjonistów nie ma polityków, zdolnych „porwać” wyborców, nawet gdyby władze pozwoliły im w pełnym uczestnictwie w życiu politycznym.

Lider powinien pojawić się po lewej stronie sceny politycznej. Pomimo drugiego wyniku w wyborach prezydenckich szef Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow powinien już odejść na emeryturę. On ma prawie 70 lat, poza tym nie dąży do objęcia władzy. Schedę po nim mógłby przejąć ktoś pokroju Udalcowa, ale on wydaje się zbyt radykalny i antyamerykański.

Prawej stronie sceny politycznej trudniej będzie zdobyć poparcie. Na lidera wyrasta Aleksiej Kudrin, który pojawiał się na antyputniowskich demonstracjach. Jest trzeci w tych wyborach oligarcha Michaił Prochorow, a także szef „Jabłoka” Grigorij Jawliński, którego Centralna Komisja Wyborcza nie dopuściła do wyborów. Tylko po co Rosjanie mają głosować na liberała Kudrina, skoro mają liberała Władimira Putina?
   
Co zmieniły antyputinowskie protesty? Doszło do zjednoczenia opozycji, była okazja do krytyki władz, które jednak przetrzymały obywatelski bunt.

Protesty dowodzą, że Rosja staje się normalnym, kapitalistycznym państwem, z rozwiniętą gospodarką rynkową, kulturą masową, społeczeństwem konsumpcyjnym, któremu obrzydło oglądanie od 12 lat tej samej twarzy. Skoro w supermarkecie jest piętnaście rodzajów sera, a witryny sklepowa codziennie się zmieniają, dlaczego w polityce ma być tylko jeden „produkt”, codziennie w tym samym oknie? Społeczeństwo, skoro może w wybrzydzać, wybierając najlepsze produkty, tego samego oczekuje od polityki.

By jednak zmienić władzę, trzeba zaproponować coś więcej – programy polityczne, pracę u podstaw, a tego nie ma. Poza tym, społeczeństwo konsumpcyjne nie jest w stanie obalić systemu.

Dlaczego?

Proszę zwrócić uwagę, że w styczniu nie było protestów, bowiem „demonstranci” wypoczywali za granicą na wczasach. Idzie normalność, a nie rewolucja. Ludzie robią to, na co mają ochotę. Z drugiej strony, każdy z tych obywatelskich liderów to „mały Putin-dyktator”, który rządzi tymi samymi metodami. Weźmy przykład gwiazdy telewizyjnej Ksenii Sobczak, córki byłego mera Petersburga Anatolija Sobczaka, która ma świetne kontakty w elitach. Ona zmonopolizowała telewizyjne reality show i nie dopuszcza młodych do prowadzenia programów rozrywkowych. Gdyby Ksenia chciała protestować przeciwko autorytaryzmowi, mogłaby rzucić pracę w telewizji. To byłaby prawdziwa walka o wolność słowa.

Ta obywatelska opozycja nie jest bardziej demokratyczna niż Putin i jego ekipa. Zachód musi zatem zrozumieć, że drugiej „arabskiej wiosny” czy „pomarańczowej rewolucji” u nas nie będzie.


poniedziałek, 05 marca 2012

Po głosowaniu wypieki, fot. Tomasz Kułakowscki (C) nie kradnij

Publikuję fragment mojej korespondencji z Moskwy dla "Dziennika Polskiego". Fotografie autora

Wybory w Moskwie przypominały radosne święto. To stara, radziecka tradycja, gdy partia była jedna, ale i tak klasa robotnicza sunęła do punktów wyborczych, by spełnić obywatelski obowiązek, a przy okazji dobrze zjeść, wypić, nabyć niedostępne na co dzień produkty.

Związek Radziecki upadł 20 lat temu, ale atmosfera święta wyborczego nie minęła. W jednym z lokali wyborczych w Moskwie słychać było głośną muzykę, gdzie indziej bufetowe stoły uginały się od ciepłych i zimnych posiłków, dwu- i trzykrotnie tańszych niż w pobliskich barach czy sklepach.

Władimir Putin nie cieszył się w Moskwie dużym poparciem i niełatwo było znaleźć jego gorących zwolenników.

- Głosowałem na Putina, bo to jedyny kandydat, który jest w stanie utrzymać kurs na stabilizację - powiedział mi Igor, członek proputinowskiej organizacji młodzieżowej "Nasi".

Zwolennicy Putina fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnij

- To najbardziej doświadczony polityk spośród kandydatów. Część ekonomistów prognozuje, że latem tego roku Rosję może dosięgnąć tzw. druga fala kryzysu gospodarczego. Nasze doświadczenie, doświadczenie Władimira Putina pokazuje, że świetnie radzimy sobie z kryzysem. Czy inni kandydaci, np. menedżer i miliarder Michaił Prochorow, równie dobrze poradziliby sobie z kryzysem? Lepiej tego nie sprawdzać - mówi młody zwolennik putinowskiej stabilizacji.

Moskwa, jak i cała Rosja, głosowała albo na Putina, albo przeciwko niemu. Rządzący nadwołżańskim krajem od dwunastu lat polityk zgromadził w Moskwie znaczny tzw. elektorat negatywny. Mieszkańcy stolicy, z których coraz więcej należy do klasy średniej, chętnie stawiali krzyżyk przy nazwisku Michaiła Prochorowa. Miliarder, według komentatorów podstawiony przez Kreml, miał zdobyć głosy właśnie liberalnych wyborców.

Rosjanie głosują fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnij              
- Zdecydowanie głosowałam na Prochorowa, bo potrzebujemy nowych twarzy. Putin, Ziuganow, Żyrinowski i Mironow już dawno mi się znudzili. Prochorow to biznesmen, który zarządzał wieloma przedsiębiorstwami. Taki człowiek powinien rządzić Rosją - powiedziała "Dziennikowi Polskiemu" moskiewska bizneswoman przed jednym z punktów wyborczych w stolicy.
Rosyjskie karuzele
Rosyjskie wybory, zgodnie z niechlubną tradycją, nie obyły się bez fałszerstw wyborczych. Do momentu zamknięcia tego wydania "Dziennika Polskiego" niezależni obserwatorzy odnotowali kilka tysięcy naruszeń wyborczych. Najczęstszą praktyką były tzw. karuzele. To proceder polegający na obwożeniu autokarami po lokalach wyborczych zorganizowanych grup wyborców, którzy albo dopisywali się do list wyborczych, albo mieli zaświadczenia uprawniające do głosowania poza miejscem zamieszkania. Najwięcej takich praktyk odnotowano w Moskwie, w której misję pełniło około 15 tysięcy niezależnych obserwatorów.Lilia Szybanowa, fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnij
- Fałszerstwa nie powinny dać Władimirowi Putinowi więcej jak 5-7 procent dodatkowych głosów - tłumaczy "Dziennikowi Polskiemu" Lilia Szybanowa, szefowa niezależnego stowarzyszenia Gołos, które wysłało na wybory 2,5 tysiąca obserwatorów. - Odnotowaliśmy głównie "karuzele". By sfałszować wybory na dużą skalę, władze musiałyby podrzucać głosy i manipulować podczas ich liczenia, a tych praktyk nie odnotowaliśmy wiele. Zapewne swoją rolę odegrały zamontowane na polecenie Putina we wszystkich punktach wyborczych kamery, które rejestrowały obraz przy urnach oraz stołach komisji wyborczych - dodaje Szybanowa. Mimo że policja nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości podczas głosowania, Michaił Prochorow zapowiedział, że zwróci się do sądu o zbadanie doniesień obserwatorów.
Dziś protest opozycji

Wczoraj wieczorem w Moskwie na placu Maneżowym nieopodal Kremla odbył się wiec poparcia dla Władimira Putina, zorganizowany przez prokremlowską młodzieżówkę "Nasi".

Dzisiaj do głosu dojdzie opozycja, która będzie demonstrować na placu Puszkina w Moskwie przeciwko oszustwom wyborczym. "Rosji są potrzebne uczciwe wybory, a nie takie" - napisał markerem na karcie do głosowania Borys Niemcow, opozycjonista, lider niezarejestrowanej przez władze partii Parnas, były wicepremier rosyjskiego rządu.

- Nie pozwolimy na rozbijanie jakichkolwiek namiotów w mieście - ostrzega mer Moskwy Siergiej Sobianin, sugerując, że żadnej kolorowej rewolucji, tak jak w Kijowie przed niespełna ośmiu laty, nie będzie.

Z Moskwy Tomasz Kułakowski, dziennikarz ds. wschodnich

niedziela, 04 marca 2012

Maria Biełousowa, fot. archiwum własnePrezentuję wywiad z niezależną socjolożką z Sankt Petersburga, Marią Biełousową, o powyborczych scenariuszach w Rosji. Wywiad dla portalu Polityka.pl

TOMASZ KUŁAKOWSKI: Co się wydarzy po dzisiejszych wyborach prezydenckich w Rosji?

MARIA BIEŁOUSOWA: W rosyjskich metropoliach ludzie znów wyjdą na ulice. Akcje protestacyjne będą kontynuowane, ponieważ nie możemy liczyć na uczciwe wybory.
Jednak mityngi są ważne jedynie przed wyborami i w ich trakcie, bowiem dzięki masowym protestom można wpłynąć na władze. Po zwycięstwie Władimira Putina trzeba będzie przyjąć inne formy obywatelskiego nieposłuszeństwa, w których masowość nie będzie odgrywała tak istotnej roli. Wierzę w kreatywność antyputinowskiej opozycji, że stworzy coś innego, niż „ulicę”.

Pojawia się propozycja Satjagrahy – przeniesienia na rosyjski grunt ruchu społecznego Mahatmy Gandhiego, który zakładał obywatelskie nieposłuszeństwo bez użycia przemocy.

Możliwe, że będzie to Satjagraha albo obywatelskie śledztwa przeciwko urzędnikom i politykom odpowiedzialnym za wyborcze fałszerstwa.

Na ile prawdopodobny jest scenariusz kolorowego przewrotu politycznego? Byłaby to „biała rewolucja” – od koloru wstążeczek, szalików, baloników, które od grudnia towarzyszą niezadowolonym Rosjanom.

Nie jestem przekonana co do możliwości powtórzenia w Moskwie kijowskiego Majdanu z 2004 r. Scenariusz rewolucji, która w krótkim czasie po wyborach doprowadzi do zmiany władzy, wydaje się nierealistyczny. U nas będzie to raczej długi proces, stopniowo obnażający słabość reżimu, wzmacniający społeczeństwo i opozycję. Może to potrwać od pół roku do dwóch lat. Nie wykluczam również gwałtownego obalenia władzy po wielomiesięcznym dojrzewaniu społeczeństwa i przygotowaniach opozycji.

Co jest największą wartością tych protestów? Reakcji władzy de facto nie ma. Rządzący udają, że nie wiedzą, z kim rozmawiać, a z tłumem nie będą.

Nie należy spodziewać się jakiejkolwiek bezpośredniej reakcji władz. Rządzący nie mają zwyczaju, by słuchać ludzi i robić to, czego wyborcy pragną. Wysocy urzędnicy państwowi nie spełnią żądań opozycji. Rosyjski prezydent nie jest niemieckim prezydentem. Po sfałszowanych wyborach Władimir Putin nie zachowa się jak Christian Wulff, który po aferze z pożyczaniem pieniędzy od biznesmenów i naciskach na media odszedł ze stanowiska. Putin z własnej woli nie odejdzie.

Nie można jednak powiedzieć, iż te protesty są bezcelowe, bowiem dzięki mityngom podkopywana jest pozycja elit rządzących, niszczony ich autorytet. Władze się nad tym głowią, ponieważ wiedzą, że stracili solidne fundamenty. Również w elicie pojawia się ferment, ona widzi upadek autorytetu Putina i Miedwiediewa. Elicie, do której zaliczają się też oligarchowie, zależy na stabilności, bowiem tylko to pozwoli na prowadzenie interesów. Putin się pogubił. On nie pokaże tego publicznie, ponieważ to nie w stylu władcy absolutnego.

Jakie zmiany mogą przynieść kolejne fale protestu? Putin będzie chciał utrzymać władzę, nie rezygnując z agresywnej retoryki, a być może nawet ostrych działań.

To prawda. Władze nie mają pomysłu, jak reagować, dlatego może być gorąco. Putin nieustannie powtarza o chęci destabilizacji Rosji przez „zewnętrzne siły”. Jednak ileż można atakować Stany Zjednoczone czy innych „imperialistów”?

Część liderów antyputinowskich wystąpień mówi o konieczności instytucjonalizacji protestów, powołaniu wokół tego ruchu siły politycznej. Ci ludzie, którzy marzli na ulicach, nie są reprezentowani w Dumie Państwowej, ani na wyborach prezydenckich, a opozycja jest rozbita.

Organizacja tego ruchu mogłaby być zgubna. Masowość stała się możliwa dzięki temu, że na jednym placu znaleźli się przedstawiciele różnych partii oraz ludzie nie popierający żadnych ugrupowań politycznych. Siłą protestów jest to, że obok siebie stoją liberałowie, skrajna lewica i prawica, pisarze, artyści, blogerzy. Instytucjonalizacja protestu doprowadzi do sytuacji, w której znów będziemy mieli kilkadziesiąt opozycyjnych partii o marginalnym znaczeniu, kłócących się o przywództwo.

Zatem najpierw trzeba odsunąć Putina od władzy, następnie zmienić system polityczny, a dopiero potem zająć się programami wyborczymi?

Wszyscy są zgodni, że trzeba odsunąć Putina od władzy. Można to zrobić jedynie oddolnie.

Wybory prezydenckie na biężąco na TWITTERZE. Oryginał tekstu TUTAJ.

sobota, 03 marca 2012

Władimir Putin: czas minął? Jeszcze nie. fot. Tomasz Kułakowski (C) KORESPONDENCJA Z MOSKWY. - To głosowanie na pewien model życia, na to, by nie było gorzej - mówi o niedzielnych wyborach prezydenckich Denis Wołkow, socjolog i ekspert Centrum Lewady

Mimo fali antyputinowskich wystąpień, które w ostatnich trzech miesiącach przetoczyły się przez duże miasta Rosji, naród i tak wybierze Władimira Putina. Po prostu boi się, że może być gorzej.

Moskwa nie wygląda na wyborczą stolicę. Nie widać reklam z wizerunkiem premiera Władimira Putina, jedynie karnet do metra przypomina, że 4 marca Rosjanie wybiorą prezydenta.

Odkąd na wrześniowym zjeździe partii władzy Jednej Rosji Dmitrij Miedwiediew ogłosił, że nie będzie ubiegał się o reelekcję, było wiadomo, że po władzę na Kremlu po raz trzeci sięgnie Władimir Putin. Pozostali kandydaci są tylko demokratyczną "przykrywką" operacji pod kryptonimem "zwycięstwo Putina". Według niezależnego ośrodka socjologicznego Centrum Lewady 66 procent Rosjan zagłosuje na Putina. Jednak wysokie poparcie dla obecnego szefa rządu nie oznacza, że naród wciąż go kocha jak kilka lat temu.

- Na Putina będą głosowali przede wszystkim ci wyborcy, którzy zwykle popierają kandydatów z największymi szansami na zwycięstwo, a także "budżetówka", ogromna grupa ludzi, która żyje z budżetu państwa, zaś Putin ich finansuje - tłumaczy w rozmowie z "Dziennikiem Polskim" Denis Wołkow, socjolog i ekspert Centrum Lewady. Jego zdaniem należy rozróżnić sympatyków Putina od zwolenników utrzymania status quo, czyli odpowiedniego poziomu życia, państwowych gwarancji socjalnych, bezpieczeństwa publicznego i prywatnego.

- To nie jest głosowanie na Putina, tylko na pewien model życia, na to, by nie było gorzej - mówi Wołkow.

Według socjologów właśnie takie podejście przesądzi o zwycięstwie Putina w pierwszej turze, mimo że ma on ogromny elektorat negatywny - przede wszystkim w Moskwie, Sankt Petersburgu i pozostałych miastach powyżej miliona mieszkańców. Tam mieszka 20 procent ludności, w tym rosnąca w siłę klasa średnia, dla której stabilizacja tandemu Miedwiediew-Putin okazała się zastojem, a firmuje ją monstrualna korupcja. Ci ludzie, wspierani przez opozycyjnych liderów politycznych, domagają się reform politycznych i gospodarczych - coraz głośniej, odkąd władze sfałszowały wybory parlamentarne w grudniu ubiegłego roku.

- Na zwycięstwie Putina życie się nie skończy - mówi "Dziennikowi Polskiemu" Andriej Lipski, zastępca redaktora naczelnego opozycyjnej "Nowej Gaziety". Jego zdaniem prawdziwe życie w Rosji dopiero się zaczyna.

- Gdy spojrzymy na działania opozycji, widzimy początek długiego procesu walki o demokratyzację Rosji i zmianę systemu. Siły opozycyjne muszą stworzyć jedną platformę o różnych barwach politycznych, dążących do wspólnego celu. Nadzieją na zmiany w Rosji jest tzw. reforma Miedwiediewa, która, jeśli zostanie wprowadzona, stworzy klimat demokratyzacyjny. Jednak kluczowa będzie zmiana konstytucji, dającej zbyt dużo władzy prezydentowi - tłumaczy Lipski.

Zmiany, których domaga się opozycja, to m.in. uproszczenie rejestracji partii i kandydatów w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, przeniesienie części uprawnień ustawodawczych na Dumę Państwową, zmiana ordynacji wyborczej, przywrócenie wyborów gubernatorskich w podmiotach federalnych. Dziś, by móc kandydować na prezydenta, trzeba zebrać dwa miliony podpisów w czterdziestu podmiotach federalnych Rosji. Kilku kandydatom, m.in. liberałowi Grigorijowi Jawlińskiemu, to się udało. Jednak Centralna Komisja Wyborcza zakwestionowała ponad pięć procent tych podpisów. Między innymi dlatego Rosjanie zagłosują albo na Putina, albo przeciwko niemu - na kogokolwiek.

Tomasz Kułakowski z Moskwy LINK TUTAJ



Anton Nosik, fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnijZ Antonem Nosikiem, jednym z najbardziej znanych rosyjskich blogerów, zwanym guru rosyjskiego internetu, przeciwnikiem reżimu Władimira Putina, rozmawia Tomasz Kułakowski

- Już w niedzielę wybory prezydenckie...

...które będą totalnie sfałszowane. Władimir Putin uczynił wszystko, by wygrać w pierwszej turze. On i jego ludzie wydali m.in. równowartość 3 milionów dolarów na powołanie z pozoru niezależnych obserwatorów, których rzeczywiste zadanie to fałszowanie wyników i uniemożliwianie wykonywania misji faktycznie niezależnym obserwatorom.
Fałszerstwa będą dokonywane na terenie całej Rosji – w ten sam sposób, jak podczas wyborów parlamentarnych z 4 grudnia ub. r. Będzie zatem i dorzucanie głosów, i głosowanie przez jedną grupę wyborców w kilku punktach, tzw. karuzela. My, obywatelska opozycja, przyjdziemy z kamerami i komórkami, by wszystkie te fałszerstwa udokumentować.

- W powyborczy poniedziałek odbędą się kolejne antyputinowskie manifestacje w Moskwie, Sankt Petersburgu i innych ponadmilionowych miastach. Niezadowoleni znów licznie wyjdą na ulice?

Tak, choć to niczego nie zmieni. Od 5 grudnia protestowaliśmy kilka razy, wyjdziemy na ulice jeszcze niejeden raz, ale od takich akcji reżim Putina nie padnie. Kreml przetrwa bunt społeczny, bowiem wie, że rozejdziemy się do domów, by pracować i zarabiać pieniądze, tak jak wcześniej.
Władze są przekonane, że możemy im się przeciwstawić wyłącznie na ulicy. Mylą się. Nasz cel to pokojowe, obywatelskie nieposłuszeństwo - na wzór Satjagrahy, ruchu stworzonego przez Mahatmę Gandhiego w Indiach. Ludzie, którzy za nim poszli, nie strzelali do władzy i służb mundurowych. Pokojowo wyrażali swoje niezadowolenie każdego dnia.
Najważniejsze jest jednak to, że Rosjanie zmienili się raz na zawsze, nie dadzą sobie pluć w twarz. Nie odpuścimy władzom, dopóki mordercy prawnika Siergieja Magnickiego nie staną przed sądem, dopóki korupcja i kryminał nie zostaną wytępione w urzędach państwowych, sądach czy prokuraturach.

- Jednak Putin i tak wygra wybory. Co dalej z antyputinowskim buntem?

Putin nie wygra wyborów. On może je jedynie sfałszować, bowiem w uczciwych wyborach nie zdobędzie więcej jak połowy głosów, gwarantujących zwycięstwo w pierwszej turze. On był prezydentem w latach 2000-2008, tak jak po nim Dmitrij Miedwiediew. Obu wybrali wyborcy. Teraz Putin staje się uzurpatorem, a my nie zgodzimy się z tym. Nie boimy się przykręcania śruby przez reżim, bowiem bardziej nie da się tego zrobić. Władze są pewne, że pogodzimy się z jej chamskimi oszustwami, ale tak się nie stanie.

Anton Nosik, fot. Tomasz Kułakowski (C) nie kradnij

- Jaką rolę odegrał internet w tym zrywie rosyjskiej klasy średniej?

Internet nie odgrywa żadnej roli. Jest tylko kanałem komunikacji dla nas, byśmy przyglądali się swoim działaniom. To jednocześnie techniczne narzędzie w rękach naszych wrogów. Służby specjalne obserwują nas w internecie.

- Internet i jego użytkownicy nie mogą obalić reżimu?

Nie. Ani egipskiego, ani rosyjskiego. Egipski dyktator Hosni Mubarak wyłączył internet podczas kulminacji protestów, mimo to ludzie wyszli na ulice i obalili jego reżim. Nie wykluczam zresztą, że ten scenariusz powtórzy się w Rosji podczas wyborów prezydenckich lub po nich. Tym bardziej przestrzegam przed idealizowaniem tego kanału komunikacji.

- Rosyjski bunt przeciwko władzom zaczął się w internecie.

Internet jest jedynie lustrem, w którym widzimy siebie. Bunt zaczął się w głowach Rosjan. W 2007 roku też mieliśmy internet, a mimo to pozwoliliśmy władzom sfałszować wybory parlamentarne. To my staliśmy się nieposłuszni.

- Jak zmieniła się rosyjska mentalność od momentu erupcji niezadowolenia w rosyjskich metropoliach sprzed trzech miesięcy?

Rozwiązaliśmy umowę społeczną z władzą. Dotychczas mieliśmy nieformalny pakt z Putinem. Władza zafundowała nam chiński model: mogliśmy zarabiać pieniądze, wyjeżdżać za granicę i tam inwestować, ale w zamian nie mieszać się do polityki, nie głosować, nie przeszkadzać Putinowi i jego bandzie w rządzeniu. Byliśmy bierni, nie pchaliśmy się do polityki. Na tych, którzy mimo wszystko dobijali się do wrót Kremla, patrzono jak na idiotów.
Nie poszliśmy też za opozycją, bowiem ci idioci nie potrafią zmieniać rzeczywistości. Nasi antyputinowscy politycy nie są demokratami, ani przedstawicielami narodu, lecz profesjonalnymi opozycjonistami na „etatach". Borys Niemcow, Garri Kasparow czy Grigorij Jawliński – każdym z nich kieruje własne ego.

- Jest możliwy nowy pakt społeczny z Putinem?

Tak. Gdyby Putin, zamiast pisać artykuły do gazet o konieczności reform polityczno-gospodarczych, zaczął je realizować, nie miałbym nic przeciwko temu, by rządził jeszcze dwanaście lat. Chaos i pozasystemowa rewolucja nie są moimi faworytami. Dlatego mówię: Putinie, siedź tam jeszcze, cholera, dwanaście lat, ale zrozum, że Rosja to nie tylko budżetówka, która otrzymuje od ciebie pensje i na ciebie głosuje. Są jeszcze ludzie, którzy ciężko pracują i zarabiają pieniądze. Nie można pluć im w twarz, wykluczać społecznie. Biznes i inteligencja chcą żyć godnie i nie zgodzi się na to, byś dalej kradł.
Nie zgodzimy się również na rozpętanie wojny rosyjsko-rosyjskiej, na konflikt budżetówki z klasą średnią.

- Jeżeli nie Putin i nie rewolucja, to co?

Musimy zbudować system, w którym będzie realna konkurencja polityczna, pojawią się nowi liderzy. To musi potrwać. Pisarze jak Dmitrij Bykow czy muzycy pokroju Jurija Szewczuka, lidera legendarnej grupy rockowej DDT, nie są liderami, lecz autorytetami, wyrażają swoje niezadowolenie, ale nie mają programów politycznych. Mam nadzieję, że do maja, czyli momentu odejścia z urzędu prezydenta, uda się przyjąć tzw. pakiet Miedwiediewa, który zakłada uproszczenie rejestracji partii oraz kandydatów w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, powrót wyborów gubernatorskich i zmianę ordynacji wyborczej do Dumy Państwowej. To byłby pierwszy krok w kierunku modernizacji politycznej.

ROZMAWIAŁ: TOMASZ KUŁAKOWSKI

Artykuł ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku Polskim"

poniedziałek, 27 lutego 2012

Doku UmarowRosją wstrząsnęła informacja o udaremnieniu zamachu na przyszłego prezydenta Władimira Putina. Część Rosjan zastanawia się jednak, czy potencjalny akt terroru nie jest przedwyborczą technologią polityczną.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała o zatrzymaniu w Odessie trzech terrorystów, którzy przygotowywali zamach na premiera Władimira Putina. Bomba miała wybuchnąć tuż po zapowiadanym zwycięstwie Putina w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Ładunek wybuchowy o ogromnej sile rażenia miał wylecieć w powietrze na moskiewskiej alei Kutuzowa, którędy codziennie przejeżdżają kolumny samochodowe z premierem i prezydentem Rosji.

Według rosyjskiej telewizji państwowej, funkcjonariusze służb specjalnych zatrzymali na początku lutego trzech obywateli Rosji, którzy przylecieli na Ukrainę ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na ich trop SBU wpadła na początku stycznia – po eksplozji w jednym z odeskich mieszkań. Zamachowcy mieli tam przygotowywać ładunek wybuchowy. Jeden z nich zeznał, że zleceniodawcą zamachu na Putina jest Doku Umarow. Ten czeczeński terrorysta jest liderem zbrojnego podziemia – Emiratu Kaukaskiego, którego celem jest ustanowienie prawa muzułmańskiego na terytorium Kaukazu. Doku Umarow na swoim zbrodniczym koncie ma zamachy na podmoskiewskie lotnisko Domodiedowo sprzed ponad roku, gdzie zginęło 36 osób. Umarow odpowiada również za zamachy w moskiewskim metrze z marca 2010 roku, w których zginęło 39 osób.

Jakkolwiek terroryzm w Rosji to śmiertelne zagrożenie i żadnej informacji na ten temat nie należy bagatelizować, tak rewelacje dotyczące rzekomego zamachu podważa portal KavkazCenter.org, uznawany za „usta” kaukaskich terrorystów.
- Historia z kolejnym „zamachem” na Putina brzmi nader wątpliwie. Pojawia się tu i klasyczny „czeczeński ślad”, który stał się wizytówką rosyjskiej propagandy putinowskich lat, i zawiłe plany „terrorystów”, i obrotność służb specjalnych, które „otworzyły sprawę” akurat przed kolejnymi autowyborami Putina – napisali w oświadczeniu działacze kaukaskiego centrum.

Informacja o przygotowywanym zamachu zastanawia również rosyjskich internautów. Na portalach społecznościowych i blogach trwa dyskusja, czy Władimir Putin, który pewnie zmierza po trzecią prezydenturę, nie próbuje przekonać niezdecydowanych. Informacja o zamachu na prezydenta może przestraszyć tych rodaków, którzy wciąż widzą w Putinie gwaranta bezpieczeństwa, stabilności i rozwoju państwa. A sam prezydent, po udokumentowaniu licznych fałszerstw wyborczych z grudniowych wyborów parlamentarnych, nie może być pewny wygranej w pierwszej turze wyborów.



niedziela, 26 lutego 2012

Borys Akunin, fot. Kommersant FMRosyjski pisarz Borys Akunin, jeden z liderów antyputinowskiego ruchu sprzeciwu, w rozmowie z radiem Kommiersant FM wyraził obawy, że dzisiejszy protest może być "ostatnią pokojową demonstracją".

Przeciwnicy Władimira Putina, który 4 marca zwycięży w pierwszej turze wyborów prezydenckich, otoczyli dziś centrum Moskwy tzw. żywym łańcuchem. Była to akcja pokojowa, przypominająca o konieczności reformy systemu politycznego i przeprowadzenia uczciwych wyborów prezydenckich, na co szanse są jednak niewielkie.

Protestujący wyszli na Sadowe Kolco, 16-kilometrową, pierwszą obwodnicę centrum Moskwy. Trzymając się za ręce, utworzyli biały krąg, otaczając część miasta, gdzie są najważniejsze urzędy w państwie. Nie było żadnych transparentów, okrzyków, przemówień, jedyny symbol to białe wstążeczki i szaliki, czyżby zalążek "białej rewolucji"?

- Wszyscy wokół są weseli, machają rękami. Od tego serce mnie nieco boli, bowiem istnieje ryzyko, że dzisiaj mamy być może ostatnią pokojową demonstrację w Moskwie. Wiadomo, że władze odmówiły zarejestrowania mityngu 5 marca. To oznacza, że ludzie tak czy owak wyjdą bez zgody na nią, wyjdzie ich bardzo dużo i może wydarzyć się wszystko. Obawiam się, nie będzie tak pokojowo. To mnie bardzo niepokoi - powiedział Borys Akunin Kommiersant FM.

Dzisiejsza manifestacja w Moskwie nawiązywała do Bałtyckiej Drogi, akcji przeprowadzonej na Litwie, Łotwie i w Estonii 23 sierpnia 1989 roku, w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Około 2 milionów osób utworzyło wtedy liczący kilkaset kilometrów żywy łańcuch, który połączył Wilno, Rygę i Tallin.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20