Blog o Rosji. O polityce, historycznej również, relacjach władza-obywatel, ludziach opozycyjnie myślących, Moskwie.
RSS
środa, 21 grudnia 2011

Sławomir Dębski, fot. T. KułakowskiTomasz Kułakowski: Po raz pierwszy od upadku komunizmu zaczynamy z Rosją zinstytucjonalizowaną współpracę, której celem jest budowanie porozumienia. Nie obawia się Pan, że ten dialog ograniczy biurokracja, nadzór rządu, presja działania za wszelką cenę, nawet gdy wola polityczna osłabnie?

Sławomir Dębski: Właśnie po to, aby zminimalizować wpływ wahań politycznych koniunktur na działalność obu centrów dialogu i porozumienia, zarówno w Polsce, jak i w Rosji zostały one utworzone pod auspicjami ministrów kultury. Oczywiście, pewnej biurokracji nie unikniemy. Udzielanie w sposób przejrzysty dotacji instytucjom czy organizacjom, działającym na rzecz rozwoju stosunków obu narodów, wymusza przyjęcie określonych procedur, np. organizację konkursów itd. Chcemy przecież, żeby kryteria były równe i sprawiedliwe.

Bez względu na różnice polityczne i rozbieżne interesy gospodarcze obu państw, centra powinny służyć propagowaniu dialogu. To on jest skuteczną metodą przezwyciężania problemów wynikłych z różnic poglądów. Jak pisał Juliusz Mieroszewski, słynny publicysta paryskiej „Kultury”, najpotężniejszym instrumentem oddziaływania politycznego jest „słowo”. Zwyciężyć nie oznacza więc podbić, lecz... przekonać.


Istnieje jednak ryzyko uzależnienia instytucji od bieżącej polityki. Władze rosyjskie mają zwyczaj nas karać i nagradzać. „Ukarały” Polskę raportem MAK dotyczącym katastrofy smoleńskiej, „nagrodziły” dekretem prezydenta Miedwiediewa o powołaniu rosyjskiego Centrum – po wygranych przez PO wyborach parlamentarnych.

Nie uważam, aby dekret Miedwiediewa był „nagrodą”. Decyzja była przygotowywana przez wiele miesięcy, tyle że nasi partnerzy napotykali w rosyjskiej administracji na opory. Ponadto były tam zawirowania polityczne związane z zapowiadanym powrotem na Kreml Władimira Putina. Nie można wykluczyć, że one także wpłynęły na termin ogłoszenia dekretu.

Zwracam uwagę, że utworzenie centrów dialogu i porozumienia w Polsce ustawą sejmową, a w Rosji dekretem prezydenta podnosi rangę dialogu obu państw na bardzo wysoki poziom instytucjonalny. W stosunkach z żadnym innym krajem Rosja na coś podobnego się nie zdecydowała. Trzeba więc wykorzystać nadarzającą się okazję i podjąć próbę wyrwania stosunków polsko-rosyjskich z zaklętego kręgu niewiedzy, uprzedzeń, a niekiedy również wzajemnej głuchej nienawiści. Gwarancji powodzenia nie mamy, ale inne doświadczenia europejskie wskazują, że to jest możliwe.


Dostrzegam deficyt zainteresowania Rosjan Polską i na odwrót. Wciąż pojawiają się te same nazwiska politologów, dziennikarzy, historyków, którzy komentują wydarzenia z sąsiedniego kraju. Centrum ma ambicję przełamania tego deficytu. W jaki sposób?

Niestety, zaczyna nam brakować ekspertów nie tylko od Rosji, ale od całej postsowieckiej Europy Wschodniej. Żyjemy mitem, że rozumiemy procesy zachodzące na tym obszarze. Tak było być może jeszcze 20 lat temu, ale po 1989 r. młodzi ludzie zorientowali się na zachód. Tymczasem na wschodzie Europy zaszły historyczne zmiany. ZSRR był ostatnim europejskim imperium. Po jego rozpadzie w Rosji nastała epoka deimperializacji, zjawisko nowe w jej dziejach. Wielu Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy i posługuje się stereotypami.

Zresztą wiedza Rosjan o Polsce jest również bardzo uboga, mocno osadzona na stereotypach i uprzedzeniach. W tym 140-milionowym narodzie ekspertów od spraw polskich można policzyć na palcach jednej ręki.

Pogłębiająca się niewiedza o sąsiedzie odbija się negatywnie na relacjach polsko-rosyjskich. Dlatego strategiczne znaczenie dla obu centrów będą miały działania obliczone na kształtowanie elit, dysponujących wiedzą o sąsiedzie i zainteresowanych rozwijaniem z nim dobrych stosunków. Jeszcze w tym roku ogłosimy konkurs na projekty dotyczące wymiany młodzieży. Będą one adresowane do licealistów i studentów, a także organizacji pozarządowych. Wkrótce uruchomimy także program stypendialny dla młodych rosyjskich naukowców. Utworzone zostaną również wspólne polsko-rosyjskie projekty badawcze. Będą dotyczyły Polaków przebywających pod władzą sowiecką po 17 września 1939 r., jeńców wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., losów żołnierzy sowieckich w niemieckiej niewoli po 22 czerwca 1941 r. Chcemy stworzyć też imienną listę czerwonoarmistów poległych na ziemiach polskich w latach 1944-45.

Czy powrót Putina na Kreml zmieni retorykę stosunków polsko-rosyjskich? Mówię o retoryce, gdyż to obecny premier wykonał gesty pojednawcze: 1 września 2009 r. na Westerplatte i 7 kwietnia 2010 r. w Katyniu. Natomiast dla Miedwiediewa naturalne są wypowiedzi, np. potępiające Stalina czy totalitarny charakter ZSRR.

Powrót Putina nie oznacza nastania jakiejś nowej epoki w stosunkach polsko-rosyjskich. On przecież decyduje o obliczu Rosji od ponad dekady. W tym czasie nasze relacje układały się różnie, ale w ostatnich latach zarówno prezydent, jak i premier Rosji podejmowali działania na rzecz ich poprawy.

Zaczęło się od powołania nowego składu Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych w 2008 r. Ostatnie trzy lata to okres najbardziej efektywnej współpracy w jej ramach, owocem której stało się opracowanie pt. „Białe plamy – czarne plamy. Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich 1918–2008”. Tom ukazał się również w języku rosyjskim, co daje nadzieję, że z czasem będą z niego korzystać rosyjscy historycy, wykładowcy, studenci, nauczyciele szkolni i uczniowie. W rezultacie rekomendacji współprzewodniczących Grupy, prof. Adama Daniela Rotfelda i akademika Anatolija Torkunowa, przekazanych premierom obu państw, powstały oba Centra. Po stronie rosyjskiej istnieje więc rezerwuar dobrej woli, do którego warto się odwoływać, podejmując działania na rzecz przyszłych relacji Polaków i Rosjan.

Historia uczyniła z nas sąsiadów na stałe, a nie tylko na okres jednej czy dwóch kadencji takiego czy innego polityka.

Rozmawiał: Tomasz Kułakowski 

Wywiad ukazał się w "Tygodniku Powszechnym", nr 48, 27 listopada 2011

wtorek, 06 grudnia 2011

Rosyjski internet staje się centrum oporu przeciwko władzom. Kreml kontroluje sytuację, ale monopol informacyjny to już pieśń przeszłości.

Rosyjska Centralna Wyborcza Komisja ogłosiła rezultaty wyborów parlamentarnych. Zwycięzcą, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, została partia Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa. Jedna Rosja z wynikiem 49,5 proc. głosów otrzymała 238 mandatów w 450-osobowej Dumie Państwowej. W izbie niższej rosyjskiego parlamentu zasiądą również komuniści (ponad 19 proc. głosów i 92 mandaty), a także centro-lewicowa Sprawiedliwa Rosja (ponad 13 proc. i 64 deputowanych) oraz szowinistyczno-wodzowska Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji Władimira Żyrinowskiego (niecałe 12 proc. i 56 mandatów).

Jedna Rosja otrzymała o 14,5 proc. mniej głosów niż w wyborach z 2007 roku, kiedy uzyskała większość konstytucyjną. Mimo to, opinie niektórych ekspertów o „porażce” ugrupowania władzy są grubo przesadzone. „Jedinorosy”, jak sami siebie nazywają członkowie partii, i tak kontrolują parlament, pozostający „maszynką do głosowania”.

Partia władzy nie musi nawet tworzyć konstytucyjnej większości, bowiem wszelkie konieczne zmiany zostały już wprowadzone. Było to m.in. wydłużenie kadencji parlamentu z 4 do 5 lat, a prezydentury z 4 do 6 lat. Kreml kontroluje wszystkie partie, nawet tę najbardziej krnąbrną, komunistyczną, której lider Giennadij Zjuganow ostro skrytykował po wyborach władze za „brudne” wybory i nieuczciwą kampanię wyborczą.

Gdyby jednak Jedna Rosja chciała stworzyć większość konstytucyjną, potrzebuje 300 mandatów. Naturalnym koalicjantem będzie centro-lewicowa „Sprawiedliwa Rosja”, która powstała z inicjatywy kremlowskich polittechnologów. Nie należy wykluczać również sojuszu z Liberalno-Demokratyczną Partią Rosji, która nie ma nic wspólnego ani z demokracją, ani z liberalizmem. Jest to po prostu szowinistyczno-nacjonalistyczne ugrupowanie politycznego oszołoma Władimira Żyrinowskiego, który potrafi w studiu telewizyjnym dać w twarz oponentowi i wyzwać od „Żydziaków”.

 Sukces blogerów

Mimo cyberataku na niezależne portale internetowe w dniu wyborów, Kremlowi nie udało się uciszyć niezależnych dziennikarzy internetowych, blogerów, rodzące się w Rosji społeczeństwo obywatelskie. Ono, własnym kosztem, wszelkimi dostępnymi  środkami, za pomocą telefonów komórkowych i kamer wideo, dokumentowało dowody fałszerstw wyborczych.

Na jednym z filmików, zamieszczonym w internecie, przewodniczący jednego z punktów wyborczych zapełnia listy do głosowania. Na filmiku widać, jak stawia krzyżyki przy Jednej Rosji. Autor nakręcił filmik, stojąc na schodach, po czym zbiegł na dół i poprosił urzędnika „reperującego” wynik wyborczy o pokazanie protokołów. Przewodniczący komisji odmówił.

Takich dowodów zbrodni jest multum, a rosyjski Internet aż wrze od skandalicznych wyczynów, takich jak „karuzele”, czyli wielokrotne głosowanie przez te same grupy osób. Dlatego też nie dziwi reakcja Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, której obserwatorzy wykryli wiele nieprawidłowości. „Uniemożliwianie pracy niezależnym mediom, utrudnianie pracy obserwatorów oraz odsuwanie od procesu liczenia głosów przedstawicieli partii opozycyjnych” – pisze we wstępnym raporcie powyborczym OBWE, podkreślając bezprawne ingerowanie władz w proces wyborczy.

To jednak rosyjskich władz nie niepokoi, nawet Dmitrija Miedwiediewa, który kończącą się wkrótce czteroletnią prezydenturę poświęcił na głoszeniu haseł o budowie demokracji i społeczeństwa obywatelskiego w Rosji. - Wszyscy mówią, że władze bez ograniczeń ingerowały w wybory, ale gdzie są na to dowody? Wybory były uczciwe, sprawiedliwe i demokratyczne – powiedział wczoraj Dmitrij Miedwiediew.

Gwarant konstytucji nie dopatrzył się w internecie wyborczych oszustw, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że władze nie mają monopolu informacyjnego, a w internecie rodzi się społeczeństwo obywatelskie. Ci przeważnie młodzi ludzie, niereprezentowani politycznie, z czasem mogą stracić cierpliwość i zmobilizować się przeciwko „tandemokracji” Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa. A wtedy grupa trzymająca władzę będzie musiała ustąpić albo jeszcze bardziej „przykręcić śrubę”.