|
środa, 14 marca 2012
To niesamowite, gdy Fundacja chce wspierać merytoryczne dziennikarstwo, a ja mogę jedynie zaoferować podziękowania pod reportażem. Bez wsparcia Fundacji nie stać byłoby mnie na wyjazd do Rosji. Odkąd rozstałem się z Polskim Radiem w grudniu, jestem "półbezrobotny", tzw. freelancer. Mamy do czynienia z niepokojącym zjawiskiem nie tyle tabloidyzacji mediów, co obniżki standardów, jakości przekazu medialnego, rezygnowania z doświadczonych, ale drogich dziennikarzy, na rzecz pracujących za półdarmo "młodych wilczków", do których nie można mieć pretensji. Dla osób, które chcą się zajmować konkretną działką, w mediach newsowych jest coraz mniej miejsca. I tu pojawia się dylemat: albo robimy wszystko i nic, a po godzinach realizujemy pasję, albo realizujemy tylko pasję i jesteśmy bez środków do życia. Wybrałem drugie rozwiązanie i... póki co nie żałuję. Brakuje w Polsce środowisk, chcących wspierać dobre dziennikarstwo ze świata, nie tylko z Rosji czy Ukrainy, ale np. z Azji, która de facto nie istnieje w polskich mediach, choć czytamy, że "Chińczyki trzymają się mocno". Pisanie zza biurka to nie to samo, co oddychanie tym samym powietrzem w Moskwie. Do Rosji jechałem przekonany, że państwo szybko się zmieni, że ludzie nie wrócą już z ulicy do domów. Okazało się inaczej. Ewolucja potrwa długo, może nawet 15-20 lat. Jednak warto ten proces obserwować. Tym bardziej jestem szczęśliwy, że mogłem tam być. Dziękuję.
czwartek, 08 marca 2012
Jak silną legitymację do rządzenia ma Władimir Putin? Paradoksalnie silniejszą, niż w 2004 roku. Wówczas odbyły się „leniwe” wybory, jego konkurenci nie liczyli się w batalii o Kreml, nie było politycznych intryg. Teraz, po fali antyputinowskich protestów, społeczeństwo znów interesuje się polityką, a Putin zgromadził spory elektorat negatywny, szczególnie w dużych, ponadmilionowych miastach. Reformy polityczne wpisują się w drugi priorytet, ich celem jest pokazanie światu, że Rosja staje się krajem demokratycznym, chroniącym prawa człowieka. Jeżeli nawiedzi nas jednak druga fala kryzysu ekonomicznego i realizacja pierwszego priorytetu będzie zagrożona, nie ma co liczyć na demokratyzację, bowiem to zostanie odłożone na „lepsze czasy”. Tak, ale to skomplikowany proces. Reformy prodemokratyczne muszą być „rosyjskie”, nie takie jak na Zachodzie. Mamy zupełnie inną kulturę polityczną, a także muzułmańskie enklawy. W Tatarstanie np. nikt nie głosował na Władimira Żyrinowskiego, ponieważ Tatarzy uważają, że jego nacjonalistyczne i szowinistyczne poglądy nie są śmieszne, lecz niebezpieczne. Z drugiej strony, Czeczeni głosowali w parlamentarnych wyborach na Jedną Rosją (partia władzy zdobyła w tej republice ponad 99 proc. głosów) nie dlatego, że kocha Putina, lecz w celu wprowadzenia do Dumy Państwowej jak najwięcej Czeczenów. Głosowanie na komunistów czy partię Żyrinowskiego nie dałoby takich rezultatów. Dlatego też teraz poparli prawie w 100 procentach Putina. Rosja nie jest małym europejskim państewkiem, gdzie można rządzić demokratycznie. Jesteśmy byłym imperium, mamy masę problemów, jak np. relacje z muzułmanami, ratowanie wymierających wsi, itd. Tu też nie ma tu prostej odpowiedzi. Rosją od dwudziestu lat rządzą finansiści, którzy nie zwracają uwagi na podnoszenie poziomu życia mieszkańców, lecz na to, ile jest pieniędzy w skarbcach. By było ich więcej, tną koszty, a nie reformują. Opozycja nie odniesie sukcesu politycznego właśnie z powodu tej różnorodności. Liberałowie, nacjonaliści i komuniści na przemian obwiniają Putina o poglądy, bliskie swojej konkurencji. Liberałowie oskarżają Putina, że jest nacjonalistą, nacjonaliści, że jest liberałem itd. Putin jest pomiędzy i wychodzi zwycięsko, bowiem reprezentuje każdą z tych grup lepiej niż one same. Jedyną szansą dla opozycji jest podział ideologiczny. Idiotycznie wygląda, gdy na jednej demonstracji obok siebie stoi liberał, były minister finansów Aleksiej Kudrin i trockista, lider „Lewego Frontu” Siergiej Udalcow. Lider powinien pojawić się po lewej stronie sceny politycznej. Pomimo drugiego wyniku w wyborach prezydenckich szef Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow powinien już odejść na emeryturę. On ma prawie 70 lat, poza tym nie dąży do objęcia władzy. Schedę po nim mógłby przejąć ktoś pokroju Udalcowa, ale on wydaje się zbyt radykalny i antyamerykański. Prawej stronie sceny politycznej trudniej będzie zdobyć poparcie. Na lidera wyrasta Aleksiej Kudrin, który pojawiał się na antyputniowskich demonstracjach. Jest trzeci w tych wyborach oligarcha Michaił Prochorow, a także szef „Jabłoka” Grigorij Jawliński, którego Centralna Komisja Wyborcza nie dopuściła do wyborów. Tylko po co Rosjanie mają głosować na liberała Kudrina, skoro mają liberała Władimira Putina? Protesty dowodzą, że Rosja staje się normalnym, kapitalistycznym państwem, z rozwiniętą gospodarką rynkową, kulturą masową, społeczeństwem konsumpcyjnym, któremu obrzydło oglądanie od 12 lat tej samej twarzy. Skoro w supermarkecie jest piętnaście rodzajów sera, a witryny sklepowa codziennie się zmieniają, dlaczego w polityce ma być tylko jeden „produkt”, codziennie w tym samym oknie? Społeczeństwo, skoro może w wybrzydzać, wybierając najlepsze produkty, tego samego oczekuje od polityki. By jednak zmienić władzę, trzeba zaproponować coś więcej – programy polityczne, pracę u podstaw, a tego nie ma. Poza tym, społeczeństwo konsumpcyjne nie jest w stanie obalić systemu. Proszę zwrócić uwagę, że w styczniu nie było protestów, bowiem „demonstranci” wypoczywali za granicą na wczasach. Idzie normalność, a nie rewolucja. Ludzie robią to, na co mają ochotę. Z drugiej strony, każdy z tych obywatelskich liderów to „mały Putin-dyktator”, który rządzi tymi samymi metodami. Weźmy przykład gwiazdy telewizyjnej Ksenii Sobczak, córki byłego mera Petersburga Anatolija Sobczaka, która ma świetne kontakty w elitach. Ona zmonopolizowała telewizyjne reality show i nie dopuszcza młodych do prowadzenia programów rozrywkowych. Gdyby Ksenia chciała protestować przeciwko autorytaryzmowi, mogłaby rzucić pracę w telewizji. To byłaby prawdziwa walka o wolność słowa. Ta obywatelska opozycja nie jest bardziej demokratyczna niż Putin i jego ekipa. Zachód musi zatem zrozumieć, że drugiej „arabskiej wiosny” czy „pomarańczowej rewolucji” u nas nie będzie.
poniedziałek, 05 marca 2012
Publikuję fragment mojej korespondencji z Moskwy dla "Dziennika Polskiego". Fotografie autora Wybory w Moskwie przypominały radosne święto. To stara, radziecka tradycja, gdy partia była jedna, ale i tak klasa robotnicza sunęła do punktów wyborczych, by spełnić obywatelski obowiązek, a przy okazji dobrze zjeść, wypić, nabyć niedostępne na co dzień produkty. Związek Radziecki upadł 20 lat temu, ale atmosfera święta wyborczego nie minęła. W jednym z lokali wyborczych w Moskwie słychać było głośną muzykę, gdzie indziej bufetowe stoły uginały się od ciepłych i zimnych posiłków, dwu- i trzykrotnie tańszych niż w pobliskich barach czy sklepach. Władimir Putin nie cieszył się w Moskwie dużym poparciem i niełatwo było znaleźć jego gorących zwolenników. - Głosowałem na Putina, bo to jedyny kandydat, który jest w stanie utrzymać kurs na stabilizację - powiedział mi Igor, członek proputinowskiej organizacji młodzieżowej "Nasi".
- To najbardziej doświadczony polityk spośród kandydatów. Część ekonomistów prognozuje, że latem tego roku Rosję może dosięgnąć tzw. druga fala kryzysu gospodarczego. Nasze doświadczenie, doświadczenie Władimira Putina pokazuje, że świetnie radzimy sobie z kryzysem. Czy inni kandydaci, np. menedżer i miliarder Michaił Prochorow, równie dobrze poradziliby sobie z kryzysem? Lepiej tego nie sprawdzać - mówi młody zwolennik putinowskiej stabilizacji. Moskwa, jak i cała Rosja, głosowała albo na Putina, albo przeciwko niemu. Rządzący nadwołżańskim krajem od dwunastu lat polityk zgromadził w Moskwie znaczny tzw. elektorat negatywny. Mieszkańcy stolicy, z których coraz więcej należy do klasy średniej, chętnie stawiali krzyżyk przy nazwisku Michaiła Prochorowa. Miliarder, według komentatorów podstawiony przez Kreml, miał zdobyć głosy właśnie liberalnych wyborców. - Zdecydowanie głosowałam na Prochorowa, bo potrzebujemy nowych twarzy. Putin, Ziuganow, Żyrinowski i Mironow już dawno mi się znudzili. Prochorow to biznesmen, który zarządzał wieloma przedsiębiorstwami. Taki człowiek powinien rządzić Rosją - powiedziała "Dziennikowi Polskiemu" moskiewska bizneswoman przed jednym z punktów wyborczych w stolicy. Rosyjskie karuzele
Rosyjskie wybory, zgodnie z niechlubną tradycją, nie obyły się bez fałszerstw wyborczych. Do momentu zamknięcia tego wydania "Dziennika Polskiego" niezależni obserwatorzy odnotowali kilka tysięcy naruszeń wyborczych. Najczęstszą praktyką były tzw. karuzele. To proceder polegający na obwożeniu autokarami po lokalach wyborczych zorganizowanych grup wyborców, którzy albo dopisywali się do list wyborczych, albo mieli zaświadczenia uprawniające do głosowania poza miejscem zamieszkania. Najwięcej takich praktyk odnotowano w Moskwie, w której misję pełniło około 15 tysięcy niezależnych obserwatorów.
![]() - Fałszerstwa nie powinny dać Władimirowi Putinowi więcej jak 5-7 procent dodatkowych głosów - tłumaczy "Dziennikowi Polskiemu" Lilia Szybanowa, szefowa niezależnego stowarzyszenia Gołos, które wysłało na wybory 2,5 tysiąca obserwatorów. - Odnotowaliśmy głównie "karuzele". By sfałszować wybory na dużą skalę, władze musiałyby podrzucać głosy i manipulować podczas ich liczenia, a tych praktyk nie odnotowaliśmy wiele. Zapewne swoją rolę odegrały zamontowane na polecenie Putina we wszystkich punktach wyborczych kamery, które rejestrowały obraz przy urnach oraz stołach komisji wyborczych - dodaje Szybanowa. Mimo że policja nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości podczas głosowania, Michaił Prochorow zapowiedział, że zwróci się do sądu o zbadanie doniesień obserwatorów.
Dziś protest opozycji
Wczoraj wieczorem w Moskwie na placu Maneżowym nieopodal Kremla odbył się wiec poparcia dla Władimira Putina, zorganizowany przez prokremlowską młodzieżówkę "Nasi". Dzisiaj do głosu dojdzie opozycja, która będzie demonstrować na placu Puszkina w Moskwie przeciwko oszustwom wyborczym. "Rosji są potrzebne uczciwe wybory, a nie takie" - napisał markerem na karcie do głosowania Borys Niemcow, opozycjonista, lider niezarejestrowanej przez władze partii Parnas, były wicepremier rosyjskiego rządu. - Nie pozwolimy na rozbijanie jakichkolwiek namiotów w mieście - ostrzega mer Moskwy Siergiej Sobianin, sugerując, że żadnej kolorowej rewolucji, tak jak w Kijowie przed niespełna ośmiu laty, nie będzie. Z Moskwy Tomasz Kułakowski, dziennikarz ds. wschodnich
niedziela, 04 marca 2012
TOMASZ KUŁAKOWSKI: Co się wydarzy po dzisiejszych wyborach prezydenckich w Rosji? MARIA BIEŁOUSOWA: W rosyjskich metropoliach ludzie znów wyjdą na ulice. Akcje protestacyjne będą kontynuowane, ponieważ nie możemy liczyć na uczciwe wybory. Pojawia się propozycja Satjagrahy – przeniesienia na rosyjski grunt ruchu społecznego Mahatmy Gandhiego, który zakładał obywatelskie nieposłuszeństwo bez użycia przemocy. Możliwe, że będzie to Satjagraha albo obywatelskie śledztwa przeciwko urzędnikom i politykom odpowiedzialnym za wyborcze fałszerstwa. Na ile prawdopodobny jest scenariusz kolorowego przewrotu politycznego? Byłaby to „biała rewolucja” – od koloru wstążeczek, szalików, baloników, które od grudnia towarzyszą niezadowolonym Rosjanom. Nie jestem przekonana co do możliwości powtórzenia w Moskwie kijowskiego Majdanu z 2004 r. Scenariusz rewolucji, która w krótkim czasie po wyborach doprowadzi do zmiany władzy, wydaje się nierealistyczny. U nas będzie to raczej długi proces, stopniowo obnażający słabość reżimu, wzmacniający społeczeństwo i opozycję. Może to potrwać od pół roku do dwóch lat. Nie wykluczam również gwałtownego obalenia władzy po wielomiesięcznym dojrzewaniu społeczeństwa i przygotowaniach opozycji. Co jest największą wartością tych protestów? Reakcji władzy de facto nie ma. Rządzący udają, że nie wiedzą, z kim rozmawiać, a z tłumem nie będą. Nie należy spodziewać się jakiejkolwiek bezpośredniej reakcji władz. Rządzący nie mają zwyczaju, by słuchać ludzi i robić to, czego wyborcy pragną. Wysocy urzędnicy państwowi nie spełnią żądań opozycji. Rosyjski prezydent nie jest niemieckim prezydentem. Po sfałszowanych wyborach Władimir Putin nie zachowa się jak Christian Wulff, który po aferze z pożyczaniem pieniędzy od biznesmenów i naciskach na media odszedł ze stanowiska. Putin z własnej woli nie odejdzie. Nie można jednak powiedzieć, iż te protesty są bezcelowe, bowiem dzięki mityngom podkopywana jest pozycja elit rządzących, niszczony ich autorytet. Władze się nad tym głowią, ponieważ wiedzą, że stracili solidne fundamenty. Również w elicie pojawia się ferment, ona widzi upadek autorytetu Putina i Miedwiediewa. Elicie, do której zaliczają się też oligarchowie, zależy na stabilności, bowiem tylko to pozwoli na prowadzenie interesów. Putin się pogubił. On nie pokaże tego publicznie, ponieważ to nie w stylu władcy absolutnego. Jakie zmiany mogą przynieść kolejne fale protestu? Putin będzie chciał utrzymać władzę, nie rezygnując z agresywnej retoryki, a być może nawet ostrych działań. To prawda. Władze nie mają pomysłu, jak reagować, dlatego może być gorąco. Putin nieustannie powtarza o chęci destabilizacji Rosji przez „zewnętrzne siły”. Jednak ileż można atakować Stany Zjednoczone czy innych „imperialistów”? Część liderów antyputinowskich wystąpień mówi o konieczności instytucjonalizacji protestów, powołaniu wokół tego ruchu siły politycznej. Ci ludzie, którzy marzli na ulicach, nie są reprezentowani w Dumie Państwowej, ani na wyborach prezydenckich, a opozycja jest rozbita. Organizacja tego ruchu mogłaby być zgubna. Masowość stała się możliwa dzięki temu, że na jednym placu znaleźli się przedstawiciele różnych partii oraz ludzie nie popierający żadnych ugrupowań politycznych. Siłą protestów jest to, że obok siebie stoją liberałowie, skrajna lewica i prawica, pisarze, artyści, blogerzy. Instytucjonalizacja protestu doprowadzi do sytuacji, w której znów będziemy mieli kilkadziesiąt opozycyjnych partii o marginalnym znaczeniu, kłócących się o przywództwo. Zatem najpierw trzeba odsunąć Putina od władzy, następnie zmienić system polityczny, a dopiero potem zająć się programami wyborczymi? Wszyscy są zgodni, że trzeba odsunąć Putina od władzy. Można to zrobić jedynie oddolnie. Wybory prezydenckie na biężąco na TWITTERZE. Oryginał tekstu TUTAJ.
sobota, 03 marca 2012
Mimo fali antyputinowskich wystąpień, które w ostatnich trzech miesiącach przetoczyły się przez duże miasta Rosji, naród i tak wybierze Władimira Putina. Po prostu boi się, że może być gorzej. Moskwa nie wygląda na wyborczą stolicę. Nie widać reklam z wizerunkiem premiera Władimira Putina, jedynie karnet do metra przypomina, że 4 marca Rosjanie wybiorą prezydenta. Odkąd na wrześniowym zjeździe partii władzy Jednej Rosji Dmitrij Miedwiediew ogłosił, że nie będzie ubiegał się o reelekcję, było wiadomo, że po władzę na Kremlu po raz trzeci sięgnie Władimir Putin. Pozostali kandydaci są tylko demokratyczną "przykrywką" operacji pod kryptonimem "zwycięstwo Putina". Według niezależnego ośrodka socjologicznego Centrum Lewady 66 procent Rosjan zagłosuje na Putina. Jednak wysokie poparcie dla obecnego szefa rządu nie oznacza, że naród wciąż go kocha jak kilka lat temu. - Na Putina będą głosowali przede wszystkim ci wyborcy, którzy zwykle popierają kandydatów z największymi szansami na zwycięstwo, a także "budżetówka", ogromna grupa ludzi, która żyje z budżetu państwa, zaś Putin ich finansuje - tłumaczy w rozmowie z "Dziennikiem Polskim" Denis Wołkow, socjolog i ekspert Centrum Lewady. Jego zdaniem należy rozróżnić sympatyków Putina od zwolenników utrzymania status quo, czyli odpowiedniego poziomu życia, państwowych gwarancji socjalnych, bezpieczeństwa publicznego i prywatnego. - To nie jest głosowanie na Putina, tylko na pewien model życia, na to, by nie było gorzej - mówi Wołkow. Według socjologów właśnie takie podejście przesądzi o zwycięstwie Putina w pierwszej turze, mimo że ma on ogromny elektorat negatywny - przede wszystkim w Moskwie, Sankt Petersburgu i pozostałych miastach powyżej miliona mieszkańców. Tam mieszka 20 procent ludności, w tym rosnąca w siłę klasa średnia, dla której stabilizacja tandemu Miedwiediew-Putin okazała się zastojem, a firmuje ją monstrualna korupcja. Ci ludzie, wspierani przez opozycyjnych liderów politycznych, domagają się reform politycznych i gospodarczych - coraz głośniej, odkąd władze sfałszowały wybory parlamentarne w grudniu ubiegłego roku. - Na zwycięstwie Putina życie się nie skończy - mówi "Dziennikowi Polskiemu" Andriej Lipski, zastępca redaktora naczelnego opozycyjnej "Nowej Gaziety". Jego zdaniem prawdziwe życie w Rosji dopiero się zaczyna. - Gdy spojrzymy na działania opozycji, widzimy początek długiego procesu walki o demokratyzację Rosji i zmianę systemu. Siły opozycyjne muszą stworzyć jedną platformę o różnych barwach politycznych, dążących do wspólnego celu. Nadzieją na zmiany w Rosji jest tzw. reforma Miedwiediewa, która, jeśli zostanie wprowadzona, stworzy klimat demokratyzacyjny. Jednak kluczowa będzie zmiana konstytucji, dającej zbyt dużo władzy prezydentowi - tłumaczy Lipski. Zmiany, których domaga się opozycja, to m.in. uproszczenie rejestracji partii i kandydatów w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, przeniesienie części uprawnień ustawodawczych na Dumę Państwową, zmiana ordynacji wyborczej, przywrócenie wyborów gubernatorskich w podmiotach federalnych. Dziś, by móc kandydować na prezydenta, trzeba zebrać dwa miliony podpisów w czterdziestu podmiotach federalnych Rosji. Kilku kandydatom, m.in. liberałowi Grigorijowi Jawlińskiemu, to się udało. Jednak Centralna Komisja Wyborcza zakwestionowała ponad pięć procent tych podpisów. Między innymi dlatego Rosjanie zagłosują albo na Putina, albo przeciwko niemu - na kogokolwiek. Tomasz Kułakowski z Moskwy LINK TUTAJ
- Już w niedzielę wybory prezydenckie... ...które będą totalnie sfałszowane. Władimir Putin uczynił wszystko, by wygrać w pierwszej turze. On i jego ludzie wydali m.in. równowartość 3 milionów dolarów na powołanie z pozoru niezależnych obserwatorów, których rzeczywiste zadanie to fałszowanie wyników i uniemożliwianie wykonywania misji faktycznie niezależnym obserwatorom. - W powyborczy poniedziałek odbędą się kolejne antyputinowskie manifestacje w Moskwie, Sankt Petersburgu i innych ponadmilionowych miastach. Niezadowoleni znów licznie wyjdą na ulice? Tak, choć to niczego nie zmieni. Od 5 grudnia protestowaliśmy kilka razy, wyjdziemy na ulice jeszcze niejeden raz, ale od takich akcji reżim Putina nie padnie. Kreml przetrwa bunt społeczny, bowiem wie, że rozejdziemy się do domów, by pracować i zarabiać pieniądze, tak jak wcześniej. - Jednak Putin i tak wygra wybory. Co dalej z antyputinowskim buntem?
- Jaką rolę odegrał internet w tym zrywie rosyjskiej klasy średniej? - Internet i jego użytkownicy nie mogą obalić reżimu? Nie. Ani egipskiego, ani rosyjskiego. Egipski dyktator Hosni Mubarak wyłączył internet podczas kulminacji protestów, mimo to ludzie wyszli na ulice i obalili jego reżim. Nie wykluczam zresztą, że ten scenariusz powtórzy się w Rosji podczas wyborów prezydenckich lub po nich. Tym bardziej przestrzegam przed idealizowaniem tego kanału komunikacji. - Rosyjski bunt przeciwko władzom zaczął się w internecie. - Jak zmieniła się rosyjska mentalność od momentu erupcji niezadowolenia w rosyjskich metropoliach sprzed trzech miesięcy? - Jest możliwy nowy pakt społeczny z Putinem? Tak. Gdyby Putin, zamiast pisać artykuły do gazet o konieczności reform polityczno-gospodarczych, zaczął je realizować, nie miałbym nic przeciwko temu, by rządził jeszcze dwanaście lat. Chaos i pozasystemowa rewolucja nie są moimi faworytami. Dlatego mówię: Putinie, siedź tam jeszcze, cholera, dwanaście lat, ale zrozum, że Rosja to nie tylko budżetówka, która otrzymuje od ciebie pensje i na ciebie głosuje. Są jeszcze ludzie, którzy ciężko pracują i zarabiają pieniądze. Nie można pluć im w twarz, wykluczać społecznie. Biznes i inteligencja chcą żyć godnie i nie zgodzi się na to, byś dalej kradł. - Jeżeli nie Putin i nie rewolucja, to co? ROZMAWIAŁ: TOMASZ KUŁAKOWSKI Artykuł ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku Polskim"
poniedziałek, 27 lutego 2012
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała o zatrzymaniu w Odessie trzech terrorystów, którzy przygotowywali zamach na premiera Władimira Putina. Bomba miała wybuchnąć tuż po zapowiadanym zwycięstwie Putina w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Ładunek wybuchowy o ogromnej sile rażenia miał wylecieć w powietrze na moskiewskiej alei Kutuzowa, którędy codziennie przejeżdżają kolumny samochodowe z premierem i prezydentem Rosji. Według rosyjskiej telewizji państwowej, funkcjonariusze służb specjalnych zatrzymali na początku lutego trzech obywateli Rosji, którzy przylecieli na Ukrainę ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na ich trop SBU wpadła na początku stycznia – po eksplozji w jednym z odeskich mieszkań. Zamachowcy mieli tam przygotowywać ładunek wybuchowy. Jeden z nich zeznał, że zleceniodawcą zamachu na Putina jest Doku Umarow. Ten czeczeński terrorysta jest liderem zbrojnego podziemia – Emiratu Kaukaskiego, którego celem jest ustanowienie prawa muzułmańskiego na terytorium Kaukazu. Doku Umarow na swoim zbrodniczym koncie ma zamachy na podmoskiewskie lotnisko Domodiedowo sprzed ponad roku, gdzie zginęło 36 osób. Umarow odpowiada również za zamachy w moskiewskim metrze z marca 2010 roku, w których zginęło 39 osób. Jakkolwiek terroryzm w Rosji to śmiertelne zagrożenie i żadnej informacji na ten temat nie należy bagatelizować, tak rewelacje dotyczące rzekomego zamachu podważa portal KavkazCenter.org, uznawany za „usta” kaukaskich terrorystów. Informacja o przygotowywanym zamachu zastanawia również rosyjskich internautów. Na portalach społecznościowych i blogach trwa dyskusja, czy Władimir Putin, który pewnie zmierza po trzecią prezydenturę, nie próbuje przekonać niezdecydowanych. Informacja o zamachu na prezydenta może przestraszyć tych rodaków, którzy wciąż widzą w Putinie gwaranta bezpieczeństwa, stabilności i rozwoju państwa. A sam prezydent, po udokumentowaniu licznych fałszerstw wyborczych z grudniowych wyborów parlamentarnych, nie może być pewny wygranej w pierwszej turze wyborów.
niedziela, 26 lutego 2012
Przeciwnicy Władimira Putina, który 4 marca zwycięży w pierwszej turze wyborów prezydenckich, otoczyli dziś centrum Moskwy tzw. żywym łańcuchem. Była to akcja pokojowa, przypominająca o konieczności reformy systemu politycznego i przeprowadzenia uczciwych wyborów prezydenckich, na co szanse są jednak niewielkie. Protestujący wyszli na Sadowe Kolco, 16-kilometrową, pierwszą obwodnicę centrum Moskwy. Trzymając się za ręce, utworzyli biały krąg, otaczając część miasta, gdzie są najważniejsze urzędy w państwie. Nie było żadnych transparentów, okrzyków, przemówień, jedyny symbol to białe wstążeczki i szaliki, czyżby zalążek "białej rewolucji"? - Wszyscy wokół są weseli, machają rękami. Od tego serce mnie nieco boli, bowiem istnieje ryzyko, że dzisiaj mamy być może ostatnią pokojową demonstrację w Moskwie. Wiadomo, że władze odmówiły zarejestrowania mityngu 5 marca. To oznacza, że ludzie tak czy owak wyjdą bez zgody na nią, wyjdzie ich bardzo dużo i może wydarzyć się wszystko. Obawiam się, nie będzie tak pokojowo. To mnie bardzo niepokoi - powiedział Borys Akunin Kommiersant FM. Dzisiejsza manifestacja w Moskwie nawiązywała do Bałtyckiej Drogi, akcji przeprowadzonej na Litwie, Łotwie i w Estonii 23 sierpnia 1989 roku, w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Około 2 milionów osób utworzyło wtedy liczący kilkaset kilometrów żywy łańcuch, który połączył Wilno, Rygę i Tallin.
poniedziałek, 20 lutego 2012
"Będziemy protestować przeciwko JUŻ na dzień dzisiejszy sfałszowanym wyborom, skoro nie dopuszczono do nich siedmiu niezależnych kandydatów" - napisał w swoim blogu Limonow. Wśród nich wymienił między innymi siebie, czyli Eduarda Sawienkę (to nazwisko widnieje w dokumentach), Grigorija Jawlińskiego czy Leonida Iwaszowa. To nie jedyna akcja. W Moskwie, jak również Petersburgu i innych dużych rosyjskich miastach, odbędą się powyborcze manifestacje "O uczciwe wybory".
środa, 21 grudnia 2011
Rozmawiał: Tomasz Kułakowski Wywiad ukazał się w "Tygodniku Powszechnym", nr 48, 27 listopada 2011 |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dlaczego Politkowska?
KRYZYSOWA UKRAINA
Na blogu
Polecam
Tagi
|